Czas powrotów

No dobrze.

Wracam.

Po napisaniu tych trzech słów zatrzymałam się na dłuższą chwilę, przyglądając się im na ekranie komputera. Brzmi to bardzo ostatecznie – powroty są skomplikowane. Wracam i, szczerze mówiąc, w tej chwili zupełnie tego nie żałuję – może za jakiś czas, kiedy ochłonę i podreperuję swój kruchy mózg. Może wtedy.

Kiedy wróciłam do Norwegii na początku października, po swoich tygodniowych mini-wakacjach w domu, byłam już w zasadzie zdecydowana na przerwanie studiów. Poziom jest boleśnie niski, wykładowcy mają zwyczaj krzyczenia „mobbing!”, kiedy tylko spróbuje się zasugerować, że studentom coś się nie podoba, a warunki mieszkaniowe przyprawiły mnie o głęboką odrazę do gatunku ludzkiego. Na słowo „impreza” przechodzą mnie dreszcze, a jeśli kiedyś jeszcze zobaczę kuchnię z zalegającymi w niej tygodniowymi stosami naczyń, zacznę krzyczeć. Chcę móc powiesić ręcznik w łazience, wiedząc, że wyschnie. Mieć gdzie postawić kosmetyki. Mieć do dyspozycji więcej niż jedną szafkę w kuchni. Nie paradować w piżamie przed bandą obcych facetów, którzy akurat zebrali się w salonie, a koło których muszę przejść, idąc z łazienki do pokoju. Mieć światło w toalecie. Nie być budzoną o trzeciej nad ranem przez kogoś grającego w Guitar Hero, ani o szóstej przez kogoś oglądającego „Przyjaciół”. Czuć się stabilnie. Bezpiecznie.

Od teraz jedynymi współlokatorami, których zamierzam tolerować są koty.

Początkowo zamierzałam zostać w Hamarze do grudnia – poskładać CV, poczekać, przyjrzeć się Mjøsie otoczonej zaśnieżonym krajobrazem – pisałam wam o tym jeszcze w zeszłym tygodniu. Kolejne dni dobijały mnie jednak coraz bardziej do ziemi, aż w końcu poziom mojego samopoczucia znajdował się mniej więcej na poziomie nieodkrytych jeszcze skamielin. Siedziałam w mieszkaniu, którego nie cierpiałam, bezsensownie wydawałam pieniądze na utrzymanie, a jedyne rzeczy, których się uczyłam, to te, których uczyłam się sama – na uczelni, żeby robić cokolwiek produktywnego, zajmowałam się głównie własną pracą albo dłubaniem przy nowym portfolio.

Nadszedł w końcu weekend, w trakcie którego stwierdziłam, że cholera, nie, mam dosyć. Powoli i mozolnie doturlałam się do granicy swoich możliwości. Nie chcąc podejmować decyzji pochopnie, zdecydowałam się dać sobie jeszcze trochę czasu na upewnienie się, czy na pewno tego chcę, ale tak naprawdę wiedziałam to już wtedy – czas wrócić do domu.

Zamówiłam kuriera i kupiłam bilety na samolot.

Lecę w poniedziałek.

DSC02607
Jeszcze z Muzeum Kolei. Też niedługo wsiadam w pociąg.

To pa, Norwegio… na razie

Czy wrócę?

Jasne.

Jeśli którekolwiek z CV, które wysłałam wypali – na co, szczerze mówiąc, nie liczę, nie zdążyłam ich w końcu wysłać zbyt wiele – w styczniu zwinę się z powrotem, tym razem do pracy, z wypoczętym umysłem i nowym zestawem nadziei na przyszłość. Norwegia to świetny kraj, i żyje się tu naprawdę dobrze – jeśli ma się trochę więcej szczęścia, niż ja… 😉

Nie uważam swojego wyjazdu za porażkę. Nauczyłam się masy rzeczy niekoniecznie związanych z kierunkiem studiów, byłam w stanie samodzielnie płacić czynsz, i przekonałam się, że w kontekście grafiki jednak dużo efektywniej będę rozwijać się sama. Poznałam kilku fajnych ludzi, podszlifowałam język, pomieszkałam kilka miesięcy w niesamowicie urokliwym miasteczku. Nauczyłam się decydować ostrożniej, ale też tego, że nie ma sensu trwać w złej sytuacji kosztem własnej psychiki, i że przyznanie się do błędu jest właściwsze niż parcie przed siebie za wszelką cenę. Nie żałuję tego wyjazdu, trochę żałuję tego, że tym razem zwyczajnie mi nie wyszło. Irytujące jest, kiedy twój misterny plan rozpada się z powodu rzeczy, na które zupełnie nie masz wpływu.

Na razie chyba wolę podróże z datą powrotu.

DSC02615
Miejmy nadzieję, że mój wagon będzie jednak nieco bardziej nowoczesny.

Krok do tyłu, głęboki oddech

Co dalej?

Jeszcze nie wiem.

Na razie odliczam dni do wyjazdu, załatwiam ostatnie formalności i wydaję pieniądze na prezenty dla rodziny i przyjaciół, bo nie muszę ich już oszczędzać na jedzenie. Spędzam masę czasu w bibliotece, żeby uciec od łupiącego w mieszkaniu techno, i staram się nie skupiać za bardzo na tym, jak bardzo nienawidzę swoich współlokatorów. Z nieco małostkową satysfakcją myślę o tym, jak bardzo zdziwią się, kiedy zniknie im z kuchni połowa naczyń, bo sporą część przywiozłam ze sobą ja. W Halloween, żeby uniknąć kolejnej sytuacji, w trakcie której siedzę w pokoju, podczas gdy banda nieznajomych ludzi ryczy ze śmiechu za ścianą o grubości kartonu w środku nocy, poszłam do koleżanki oglądać Stranger Things. Pierwszy raz od przyjazdu kupiłam sobie w Norwegii puszkę piwa. Kiedy wróciłam do domu, impreza się już skończyła.

Po dotarciu do Piły przede wszystkim zamierzam odpocząć. Wyspać się. Podelektować ciszą. Nadrobić zaległości we własnych projektach, zacząc kilka innych, popracować w spokoju nad rzeczami, które mnie interesują, już bez ciężkiego westchnienia, że hej, to i tak wszystko idzie na czynsz. Dać sobie i swoim zmęczonym szarym komórkom możliwość regeneracji i odetchnięcia. Zrobienia kroku w tył i zaplanowania, już na spokojnie i bez desperacji, co dalej. Chcę pooglądać filmy z mamą. Odwiedzić tatę. Wpaść do Gdańska i iść do kawiarni z przyjaciółkami.

Jeśli będę miała w najbliższym czasie okazję, wrócę – ale prawdę mówiąc, Gdańsk wcale nie wydaje się gorszą czy mniej atrakcyjną alternatywą.

DSC02603
Trochę szkoda, że śniegu nie zobaczę.

Dzięki

Cała ta przygoda z Norwegią nie byłaby w ogóle możliwa, gdyby nie to, że mam najfajniejszych rodziców na świecie, i przyjaciół, z którymi zawsze mogę pogadać. Chciałam więc napisać parę zdań na ten temat, bo wiem, że większość z was to czyta, i po prostu powiedzieć: dzięki. Bez was nie dałabym rady – gdyby nie to, że zawsze mieliście dla mnie czas i dużo wsparcia, to załamałabym się już ze trzydzieści razy. Ewentualnie wsadzono by mnie do więzienia za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem po którejś przymusowej pobudce-za-pomocą-telewizora o szóstej rano.

Dzięki. Jesteście super.

Blogowanie to całkiem fajna rzecz

Bloga pisało mi się naprawdę przyjemnie – i tak mnóstwo czasu spędzam na przelewaniu swoich myśli na papier albo ekran komputera, a narzucona rutyna pomogła mi zmotywować się i zacząć robić to regularnie. Trochę będzie mi tego brakować, więc nie zdziwcie się, jeśli jeszcze kiedyś zdecyduję się założyć bloga i zacząć skrobać zbyt długie notki na przypadkowe tematy, więc jeśli będziecie mieli ochotę poczytać – będzie mi bardzo miło.

Blog powisi sobie pewnie w eterze do momentu, w ktorym nie przekonam się ostatecznie, czy wracam, czyli prawdopodobnie do końca tego roku – dwa miesiące. W przyszłym tygodniu pojawi się jeszcze notka obrazkowa – w końcu będę miała czas wyrysować wszystko, co siedziało mi w głowie przez czas pobytu tutaj, a na co nie miałam jakoś ani czasu ani siły.

W międzyczasie, jeśli macie ochotę śledzić moje poczynania w innych dziedzinach, to możecie zawsze wpaść na instagrama (gejda.md) albo Twittera (gejdaartist), gdzie udzielam się bardziej w kontekście grafiki i szeroko pojętej sztuki. Albo po prostu zajrzeć od czasu do czasu na niedawno odświeżone portfolio.

Do zobaczenia (po raz ostatni) w przyszłym tygodniu. W sobotę idę jeszcze z koleżanką do kina – w Norwegii co roku jest event zwany Den Store Kinodagen/Den Store Kinonatta, kiedy bilety są za pół ceny, a filmy puszczane są przez 24 godziny.

A poza tym?

Niecierpliwie wyczekuję poniedziałku.

 

 

 

 

Reklamy

Czuć na karku oddech zimy

Trochę mi nie wyszło to norwegiowanie.

Przez ostatni tydzień starałam się rozejrzeć za innymi opcjami studiów – na moich poziom nauczania jest tak niski, że powoli zbliża się do jądra ziemskiego i wciąż kopie dalej. Wysłałam mejla do Drammen, gdzie kierunek komunikacja wizualna, zdecydowanie bardziej związany z designem, był moim drugim wyborem przy składaniu papierów – niestety nie dali się namówić na przyjęcie mnie od drugiego semestru. Wysłałam mejla do Bergen, gdzie – dosyć zaskakująco, biorąc pod uwagę, że tamtejszy wydział kreauje się na dosyć elitarny – powiedziano mi, że chętnie przyjmą mnie od drugiego roku, ale za to pełen rok muszę mieć zaliczony tutaj. Niestety ta opcja też odpada – w chwili obecnej przeszłam już od zastanawiania się, czy zamordować swoich współlokatorów do zastanawiania się, gdzie zakopię ciała, a na telefonie mam licznik, który odlicza mi dni pozostałe do końca semestru, kiedy w końcu będę się mogła stąd wyrwać. Zostały 43.

Jestem w dziwacznej nieco sytuacji, kiedy te nieszczęsne 43 dni zaważą pewnie na tym, co będę robić przez następny rok, a może nawet kilka. Tymczasowo zrezygnowałam z opcji szukania zastępczego kierunku – tym bardziej, że po kilku latach doświadczenia w pracy grafika zaczynanie od nowa licencjatu wiąże się jednak z masą nudzenia się na zajęciach i zastanawiania się usilnie, co ja właściwie robię ze swoim życiem. Listopad będzie polegał głównie na wysyłaniu CV, pisaniu listów motywacyjnych i mocnym trzymaniu kciuków za to, żeby ktoś może ulitował się nade mną i zechciał mi zapłacić za graficzenie w pełnym wymiarze godzin, w Norwegii – bo prawdę mówiąc, chciałabym tu zostać. Zrobiłam już ten wielki, straszny krok i wsiadłam do samolotu z duszą na ramieniu i dwudziestoma kilogramami swojego ziemskiego dobytku – dobrze byłoby to wykorzystać.

Od sierpnia ciągnie się za mną koszamarny pech – może czas w końcu na tę drugą stronę medalu?

DSC02574
Tu trochę norweskiej jesieni więcej.

Gdańsku, wyjdź za mnie

Kiedy byłam młodsza, wyprowadzka z kraju zawsze była czymś, co uznawałam za pewnik – nigdy nie chciałam zostać w Polsce. Na początku myślałam o Francji – nadal uważam, że Paryż to jedno z najbardziej fantastycznych miast świata – potem o Skandynawii ogółem, w końcu skupiłam się na Norwegii. Przez długi czas moim planem było wyjechać na Erasmusa w trakcie licencjatu i po prostu nie wrócić, ale, jak to zwykle bywa, plany nie były w stanie przetrwać zderzenia z rzeczywistością – i w zasadzie dobrze, bo straciłabym masę fantastycznych doświadczeń, no i, przede wszystkim, Gdańsk.

Kiedy byłam młodsza, nie podejrzewałam nawet w najmniejszym stopniu, że w jakimś miejscu można się zakochać. Brzmi to pewnie trochę śmiesznie, ale po trzech latach pobytu w Gdańsku koszmarnie za nim tęsknię – było tam wszystko, czego potrzebuję od miasta, a ludzie, których poznałam w trakcie studiów to nadal ludzie, z którymi jestem blisko. Miałam ulubione kawiarnie, ulubiony kawałek plaży, park w Oliwie, który jesienią wygląda oszałamiająco, ulubione zakątki na starówce. Nadal uważam, że w naszym świecie mobilność jest absolutnie konieczna – niektórych możliwości w niektórych zakątkach świata zwyczajnie nie ma. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, w jak głęboki sposób można związać się z miejscem, i jak dobrze można czuć się z samym sobą tylko dlatego, że przez tę ulotną, trwającą mgnienie oka chwilę – kilka lat, kilka dni, miesiąc – jest się na właściwej szerokości geograficznej.

DSC01212
A tu, sentymentalnie, trochę Gdańska.

Powiedz coś do mnie

Obserwując siebie i innych obcokrajowców w Norwegii, po jakimś czasie bardzo wyraźna staje się jedna rzecz – wszyscy mamy swoje plemiona.

Nie jest łatwo sprawić, by ludzie różnych kultur mieszali się ze sobą. Jeśli chodzi o Europejczyków, sprawa jest dużo łatwiejsza – jasne, jest dużo różnic, ale jesteśmy do siebie dosyć podobni. Jednak nawet przyjeżdżając do obcego kraju z mocnym postanowieniem asymilacji z miejscowym społeczeństwem, wystarczy poznać kilka osób mówiących w twoim języku, żeby to postanowienie zachwiało się w posadach.

Norwegowie trzymają się raczej z Norwegami, Polacy z Polakami, Erasmusi z Erasmusami, a już najlepiej w ogóle, żeby byli to Erasmusi z twojego własnego kraju – wtedy już całkiem można udawać, że nie jest się daleko od domu. Jest w nas coś dziwacznego, co ciągnie do tego, co znajome, bliskie, niewymagające przełamywania w sobie barier. Rozmawiając po polsku, możemy stworzyć sobie mini enklawę, bańkę, w której przez chwilę można poczuć zapach domowych obiadów i ciepłych uścisków, i w której wcale, ale to wcale nie jest nam nieswojo. Ciągłe rozmawianie w obcym języku jest często zwyczajnie męczące – mózg musi działać odrobinę inaczej i nieustannie tłumaczyć nawet najprostsze zwroty, co sprawia, że rzeczy pozornie niewymagające wydają się być wielką barierą, a to, co zawsze było trudne tu staje się przeszkodzą niemożliwą do pokonania.

Jest takie śmieszne nieco uczucie, kiedy w zalewie obcych języków usłyszysz nagle własny – masz ochotę podejść, przedstawić się i zaszeleścić nieco polskim, i powiedzieć hej, nie mam pojęcia, kim jesteś i skąd jesteś i jaki jesteś, ale mówisz tak samo, jak ja, więc teraz jest nas już dwójka przeciw obcemu światu.

Trochę to dziwne, trochę to smutne, trochę to zabawne, że tak kurczowo trzymamy się dźwięków i melodii – język jest swoją własną muzyką.

DSC02554
I wracamy do norweskiej jesieni.

Papier jest ostoją cierpliwości

Formalności są koszmarnie irytujące.

Założenie konta bankowego w Norwegii potrwało w moim przypadku około trzech miesięcy – żeby to zrobić, musiałam wysłać pocztą kilka listów, kilkukrotnie przejść się do siedziby banku w Hamarze, a przede wszystkim czekać, bo Norwegom jakoś nigdy z niczym się nie spieszy. W ogóle ma się wrażenie, że życie płynie tu nieco wolniej, bez ponaglań, bez biegania, bez nieustannego zerkania z irytacją na zegarek. Z jednej strony jest to niesamowite – powietrze przesycone jest spokojem – z drugiej ma się wrażenie, że czas porusza się jak koliber usiłujący machać skrzydełkami w melasie. Jeśli będziecie chcieli coś załatwić, najprawdopodobniej będziecie musieli poczekać – jeśli oglądaliście „Zootopię” i pamiętacie scenę z leniwcami w urzędzie, to pewnie wiecie, o co mi chodzi. Odnoszę trochę wrażenie, że w Norwegii działa tak wszystko – od otwierania konta do dawania studentom kilka tygodni na zadanie, które można wykonać w jeden wieczór.

System bankowy w kraju fiordów w ogóle jest nieco dziwaczny i, prawdę mówiąc, w porównaniu do polskiego jednak chyba trochę zacofany. Na liście dołączonym do karty jako wielką nowość pokazywano możliwość płatności dotykowych. Wow. Na dodatek Norwegowie bardzo dbają o bezpieczeństwo danych w sieci – co, ponownie, z jednej strony jest jak najbardziej okej, z drugiej – przy wpisywaniu po raz dwudziesty jednorazowego kodu z tokena i hasła do BankID, żeby wykonać najprostszą możliwą czynność w systemie internetowym DNB, trochę zaczyna człowieka szlag trafiać. Na przykład żeby poznać PIN do swojej nowej karty musiałam wpisać fødselsnummer, żeby przejść na stronę logowania, potem wpisać jednorazowy kod i hasło, przejść na stronę kart, wpisać jednorazowy kod i hasło, kliknąc „pokaż PIN” i znowu wpisać jednorazowy kod i hasło, żeby być w stanie przez trzydzieści sekund (bo dłużej nie wolno) popatrzeć na cztery cyferki. Sama karta zresztą trochę mnie rozbawiła, bo jest całkowicie biała i przez to bardzo skandynawska – wygląda trochę, jakby ktoś kupił ją w IKEI.

DSC02564
Co jak co, ale ładnie tutaj.

Nie udawaj, że jesteś lepszy od innych

Kojarzycie coś takiego jak Janteloven, czyli prawo Jante? To taki stereotyp odnośnie Skandynawów, którego nazwa wywodzi się z „Uciekiniera w labiryncie” Aksela Sandemose. W tej powieści istnieje sobie fikcyjne miasteczko o nazwie Jante, w którym główna zasada w skrócie brzmi: „Nikt nie jest kimś specjalnym. Nie próbuj wyróżniać się ani udawać, że jesteś pod jakimkolwiek względem lepszy od innych”.

Prawo Jante jest w zasadzie ciekawostką i dosyć krzywdzącym stereotypem, do którego większość Skandynawów jednak zupełnie nie przystaje – tym bardziej, że społeczeństwo norweskie jest bardzo różnorodne. Podczas mojego poprzedniego pobytu w Norwegii nie wydarzyło się nic, co w ogóle by mi o nim przypomniało, kontynuując jednak znaną już wam dobrze historię mojego pecha – w Hamarze przypomniałam sobie o nim dosyć dobitnie.

Historia, którą chcę tu opowiedzieć opiera się głównie na zadaniu semestralnym, które otrzymaliśmy z 3D, i komentarzach, które dostaliśmy ze strony wykładowczyni. Naszym celem na ten semestr ma być stworzenie sceny pod tytułem „Monster Garden”, czyli „Potworny ogród” i wymodelowanie oraz wyteksturowanie w 3D ogrodu z roślinami, dodatkowymi nieorganiczymi przedmiotami oraz, przede wszystkim, zaprojektowanym i stworzonym przez nas potworkiem. Do zadania podeszłam z całkiem sporym entuzjazmem i stwierdziłam, że zrobię smoka – a, że Maya jest dosyć toporna, jeśli chodzi o rzeźbienie w 3D, zdecydowałam się nauczyć obsługi kilku innych programów i stworzyć go na nieco wyższym poziomie.

DSC02553

 

Jakiś czas temu minął termin oddania wstępnej wersji tego projektu – czyli zestawu szkiców, zdjęć referencyjnych, oraz prostego modelu w 3D, jak na razie bez tekstur i kolorów. Z efektu, który udało mi się uzyskać byłam naprawdę zadowolona – na rzeźbienie i modelowanie poświęciłam masę czasu, próbując zadbać o nawet najdrobniejsze detale.

Według komentarza, który dostałam od wykładowczyni, zrobiłam jednak za dużo – i to nie ja jedyna, bo kilku moich znajomych otrzymało podobny feedback. Podsumowując kilka długich, napisanych pełnym potępienia tonem akapitów, które zostały przesłane do mojej skrzynki mejlowej, tę scenę powinnam zrobić od nowa. Rzeźbić mieliśmy zacząć dopiero w przyszłym semestrze – przy tym zadaniu jeszcze tego robić nie wolno. Mój smok był zbyt skomplikowany, za ciężki, i żeby dodać do niego tekstury trzeba by go uprościć i przerobić topologię, a to na pewno będzie dla mnie zbyt skomplikowane, więc z mapowaniem UV już sobie całkiem nie poradzę. W ogóle, nie ma mowy. Zrób to jeszcze raz, i nie próbuj, broń Boże, wychodzić poza ramy opisane w zadaniu. Ono jest dla ciebie wystarczająco wymagające. Tutaj należało trzymać się tylko tego jednego programu, a nie uczyć się obsługi innych.

Poza tym, stwór jest za mały. Przemyśl jeszcze raz kompozycję, on musi być w centrum uwagi (mini dygresja: czy tylko ja mam tu flashback do słynnego „zrób większe logo”?). A poza tym to dlaczego nie dodałaś kolorów?

(No nie wiem, na przykład dlatego, że wedle waszego opisu wstępna wersja modelu miała być SZARA?)

Chyba widzicie, dlaczego skojarzenie z Janteloven pojawiło się w mojej głowie natychmiast – cała ta epopeja krzyczy wręcz „jak śmiesz robić więcej, niż zostało ci nakazane”. Jak śmiesz się wyróżniać, jak śmiesz próbować przekroczyć granice wyrysowane grubą, czerwoną kreską?

Jakoś coraz mniej dziwi mnie fakt, że ten kierunek kończy dużo mniej osób, niż go zaczyna.

DSC02584

Muzea są fajne

Na koniec coś nieco bardziej optymistycznego – wybrałam się ostatnio na wycieczkę. Znajomi Erasmusi stwierdzili, że chcą zwiedzić muzeum kolei, a ja, z racji, że miałam kupon na darmowe wejście, chętnie doczepiłam się do wyprawy. Muzeum jest dosyć daleko od mojego mieszkania, w związku z czym najpierw musiałam doturlać się do akademików, żeby odebrać moich znajomych, po czym w trójkę udaliśmy się już dalej.

DSC02594

Spora część wystawy znajduje się na świeżym powietrzu – niestety była już zamknięta, z racji, że sezon niski, a poza tym – zimno. Do Hamaru powoli przybywa zima, a powietrze robi się coraz bardziej mroźne – rano cała trawa pokryta jest skrzącym się szronem. W związku z niskim sezonem jednak, jak się okazało, ta część ekspozycji, która znajduje się wewnątrz, jest w soboty za darmo, a na dodatek naprawdę warto ją zobaczyć.

DSC02595.jpg
Tu koleżanka buduje pociąg. Pociągi są w zasadzie całkiem fajne.

Jeśli kiedyś będziecie mieli okazję wpaść do Hamaru i nie będziecie mieli co robić w weekend – muzeum kolei to naprawdę fajne miejsce, w którym spokojnie spędzicie godzinkę czy dwie. Będzie mogli obejrzeć rekonstrukcje starych dworców, stare wagony, w tym wagon królewski, używany jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku, powciskać dużo guziczków i popatrzeć na ruszające się pociągi i inne eksperymenty, a nawet wejść do pomieszczenia oznaczonego jako warsztat i zbudować z różnych metalowych elementów własny pociąg.

DSC02600
Angielscy dżentelmeni rozmawiający o tym, że polowania w Norwegii to jednak, ho ho, nie dla nowicjuszy!

Nogi bolały mnie potem dosyć dotkliwie – pokonaliśmy tego dnia całkiem spore odległości – ale zdecydowanie było warto. Jeśli będziecie mieli szansę – polecam.

🙂

Veldig dramatisk, ale chociaż jesień ładna

Do Norwegii inaczej się wraca, niż się do niej po raz pierwszy wyjeżdża.

Noc przed wyjazdem możnaby mnie zapewne umieścić jako ilustrację do słownikowego hasła „rozpacz i depresja”. Lubię dom. Zawsze lubiłam. Dobrze jest spędzić trochę czasu w miejscu bez komplikacji, bez zmartwień, w obecności ludzi, którzy zawsze przytulą cię, kiedy tego potrzebujesz – tydzień spędzony między rodziną, przyjaciółmi i przedmiotami, które były ze mną zawsze sprawił, że ani trochę nie chciałam wracać. W dniu wylotu obudziłam się jednak co prawda niewyspana (7 rano, chlip), ale za to spokojna. Lecę. Rozdział: wypoczynek oficjalnie zamknięty.

Kiedy dotarłam na miejsce, lało. Oczy piekły z braku snu i ogólnego zmęczenia, ale dom w Hamarze przywitał mnie czymś niespodziewanym – ciemnością, zimnem i CISZĄ. Jedyny współlokator, którego minęłam tego dnia rzucił tylko krótkie: „Witaj w domu!” i zniknął na piętrze. Przez pierwszych kilka dni napawałam się tą ciszą do bólu – mogłam się wyspać, co samo w sobie było niespodziewane, a na dodatek w ciągu dnia nikt nie łupał mi za ścianą głośną muzyką czy 349204823098402384. odcinkiem „Przyjaciół”. Mogłam pracować, czytać, odpocząć po podróży, rozkoszować się wyjątkowo słoneczną jak na połowę października pogodą i do woli dziwić się uczuciu, że hej, chyba jednak nie jest tak źle. Naturalnie po krótkim czasie wszyscy wrócili z ferii i świat wrócił na tradycyjnie irytujące tory, ale ta bezcenna chwila oddechu pokazała mi, że gdyby usunąć ten jeden element – warunki mieszkaniowe – to moja tutejsza rzeczywistość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.

DSC02555

Plan dwudziestopięcioletni

Jestem osobą, która lubi planować rzeczy. Jestem w stanie robić plany planów – jako nastolatka miałam rozrysowany swój życiorys na 10 lat do przodu. Naturalnie, wraz ze zmianą zainteresowań, zmieniały się też stopniowo tego życiorysu szczegóły – z fascynacji francuskim przeszłam na norweski, a wraz ze zdobywaniem doświadczenia weryfikowałam założenia pod kątem możliwości. Sporo z nich zmieniły też wydarzenia losowe – nie dostałam się na Akademię Muzyczną, poszłam więc na skandynawistykę, przy wymienianiu mejli z uczelniami norweskimi ta z Hamaru wydawała mi się znacznie bardziej otwarta, więc zaczęłam drugie studia tutaj.

Jak się okazało, otwartość i sympatyczność w kontakcie ze studentem niestety nie przełożyły się na jakość nauczania, a na studiach na razie nudzę się jak mops. Nie wiem, czy chcę zaczynać przyszły semestr, nie wiem więc, gdzie będę w styczniu, nie wiem, gdzie wyląduję później. Pierwszy raz w życiu – nie wiem. Nie mam planu. Nie mam wypisanych punktów, z których mogłabym ułożyć sobie ścieżkę. Jestem dorosła, mam masę możliwości i nikt nie podejmie za mnie decyzji.

Decydowanie się na rzeczy, które mogą całkowicie zmienić tryb twojego życia, jest trudne. Jeszcze niedawno chodziliśmy do szkoły, gdzie każda godzina dnia w zasadzie była poddana rygorowi i gdzie większości decyzji nie wolno nam wręcz było podejmować samemu – ale z drugiej strony to, gdzie pójdziesz do liceum, nie będzie miało aż takiego znaczenia jak to, w jakim kraju zdecydujesz się zamieszkać. Masa ludzi wspomina czasy szkolne z rozrzewnieniem – były prostsze, nie miało się odpowiedzialności, nie trzeba było – no właśnie – decydować. I okej, decyzje są trudne – czasem wybranie, co wziąć ze szwedzkiego stołu przekracza nasze możliwości – ale świadczą, tak mi się w każdym razie wydaje, o niezależności. I o tym, że jeśli coś spieprzysz, to tylko ty będziesz za to odpowiadać. Ale też o tym, że jeśli uda ci się do czegoś doprowadzić, to też będzie to zasługa tylko twoich kroków.

Mam dopiero 23 lata, ale jak na razie, dorosłość jest dla mnie, szczerze mówiąc, wielkim kłamstwem. Tak samo jak nie miałam pojęcia, co robię, w wieku lat 15, tak samo nie mam i teraz – ludzie po studiach naprawdę nie ogarniają życia o wiele lepiej niż ci, ktorzy dopiero je zaczynają. Jasne, mamy więcej doświadczeń, przetrwaliśmy pewnie więcej trosk i ciężkich chwil – ale w gruncie rzeczy mam podejrzenie, że wszyscy tak samo miotamy się w ciemnościach udając pewnych siebie i kompetentnych i mając nadzieję, że ci pozostali nie zorientują się, co się kryje za fasadą. I wszyscy mamy taką samą, desperacką wiarę, że to, co robimy, jest właściwe, i że ten chybotliwy dach, który zbudowaliśmy sobie dla ochrony przed deszczem nie zwali się nam zaraz na głowy.

DSC02546

Lubię Norwegię

Przyzwyczailiście się już pewnie do tego, że na blogu non stop narzekam, tym razem więc was trochę zaskoczę – bo chciałabym napisać o tym, że ja naprawdę lubię Norwegię.

Bo lubię. To świetny kraj – otwarty, z zapierającą dech w piersiach przyrodą i zupełnie odmiennym od naszego, dużo spokojniejszym, powolnym trybem życia. Mieszkając tu, mam wrażenie, że nikomu do niczego się nie spieszy – masz czas, żeby pójść na spacer nad jezioro w środku tygodnia, i żeby pójść ze znajomymi do kina w środku nocy, bo akurat organizują całonocne seanse. Jeśli tu pracujesz, to istnieją raczej niewielkie szanse na to, że będziesz narzekać na swoją pensję – na dorywczej pracy w hotelu da się wyciągnąć ponad 150 NOK (~75 PLN) za godzinę. Jasne, może zajmie ci trochę zasymilowanie się z samymi Norwegami – są przeraźliwie mili i sympatyczni, ale żeby poznać ich bliżej, trzeba czasu – ale mieszka się tu naprawdę dobrze.

DSC02542

Lubię też Hamar. Na polskie warunki to naprawdę nieduże miasteczko – ma niewiele ponad 30 tysięcy mieszkańców – ale jest tu autentycznie wszystko, czego do życia potrzeba. Jest pod dostatkiem sklepów – 2 galerie handlowe; jest uniwersytet, są hotele, są miejsca do wypoczynku, jest masa kawiarni, kino, genialna biblioteka, bogata oferta kulturowa – teatr, koncerty, festiwale. Jest przemysł, są najrozmaitsze firmy i biznesy, jest prężnie rozwijająca się branża gier, jest gdzie znaleźć pracę. Poza tym – jest przepięknie. Widok na Mjøsę jest przegenialny, i nie mogę się doczekać tego, jak będzie to wszystko wyglądało zimą – park pokryty białym puchem i brzeg skuty lodem, z mgłą snującą się nad wodą? Brzmi jak bajka.

Gdyby nie to, że tak fatalnie trafiłam z wszystkim innym – studiami i mieszkaniem – to naprawdę bardzo mocno chciałabym w Hamarze zostać. Bo to jest świetnie miejsce do życia.

DSC02549

Rzuć mi wyzwanie, a powiem ci, kim jestem

Moje studia są do dupy.

No dobra, w końcu to napisałam. Høgskolen i Innlandet, czyli mój uniwerek, niestety nie powala poziomem nauczania, ani organizacją – poprzednia norweska uczelnia, z którą miałam do czynienia, zdecydowanie bije ich na głowę. Mogę naturalnie mówić tylko o swoim wydziale – nie mam pojęcia, jak wygląda tu np. literatura czy muzyka – ale OPIM jest raczej mniej niż imponujący.

Jeśli chciałabym spędzać czas na oglądaniu filmików instruktażowych w Internecie i samodzielnym wykonywaniu pracy bez jakiegokolwiek komentarza ze strony wykładowców, nie decydowałabym się na przeprowadzkę i wydawanie stu procent swoich zarobków na czynsz i jedzenie. Sposób nauczania, z jakim się tu spotkałam jest nie tylko nielogiczny i nieefektywny, ale też zdecydowanie zbyt mało wymagający. Swojej poprzedniej, polskiej uczelni, też jestem w stanie ogrom rzeczy zarzucić, ale z tych przedmiotów, które były dobrze prowadzone, wymagano od nas jednak dużo, a na zajęciach robiliśmy rzeczy, które jednak do czegoś prowadziły. Świetnie wspominam np. większość PNJ-tów, translatorykę, literaturę duńską, historię, czy współpracę ze swoją – bardzo wymagającą, ale też genialnie kompetentną – promotorką, a to tylko ułamek z zajęć, które miałam na skandzie.

Zajęć na norweskich uczelniach jest przede wszystkim mniej – co z jednej strony jest świetne, bo eliminuje masę idiotyzmów, z którymi tak nieodłącznie związane są studia w Polsce, czyli macie raczej małe szanse na to, że jakiś przedmiot będzie zupełnie niepotrzebny pod kątem waszych studiów. Minus tego rozwiązania? Jeśli coś jest prowadzone bez sensu, to znaczy, że już 1/3 waszego semestru spędzona jest na czymś, co mija się z celem… a jeśli wykładowcy prowadzący ten przedmiot prowadzą też większość zajęć na dalszym etapie studiów, to już wiecie, do czego zmierzam.

Paradoksalnie najbardziej zadowolana jestem dotychczas z animacji – czyli z tego, co akurat jest dla mnie najmniej przydatne.

DSC02558

Dramo, twoje imię to Pluralsight

Poniżej anegdotka.

Filmiki instruktażowe, o których wspominałam, znajdują się na platformie o nazwie Pluralsight. Dostęp do platformy jest po jakimś czasie płatny. Oglądanie ich w żaden sposób nie jest konieczne do poradzenia sobie na zajęciach – ten sam materiał można przy odrobinie wysiłku znaleźć na Youtube.

Jakiś czas temu dostaliśmy powiadomienie, że uniwersytet dostał w końcu ofertę zniżkową, i mamy zarejestrować się na stronie, zapłacić prawie 900 NOK (~450 PLN) i dostaniemy wtedy roczny dostęp. Jeśli nie zapłacimy, po zakończeniu się okresu próbnego utracimy możliwość korzystania z filmów. Ja, i wiele osób poza mną, jak się potem okazało, skwitowało tę wiadomość uniesieniem brwi i wróciło do zajmowania się swoimi codziennymi sprawami.

DSC02560

I wtedy zaczął się problem. Kilka dni później przysłano nam kolejnego mejla – tym razem już w poirytowanym tonie, że przypomina się nam o rejestracji, bo zapisało się nadal zbyt mało osób. Reakcja na tę wiadomość nie okazała się jednak wystarczająca, bo po kilku kolejnych dobach otrzymaliśmy kolejną naganę, a potem… cóż. Potem przyszedł czas na epopeję.

Widzicie, okazało się, nasi wykładowcy umówili się z Pluralsightem, że zapisze się minimum 100 osób – poniżej tej ilości obiecana zniżka przepada. Zamiast powiedzieć to na początku, albo, no nie wiem, zorientować się, ile osób zamierza zapłacić ZANIM podejmą się jakiegokolwiek zobowiązania, zorientowali się, że coś poszło nie tak dopiero, jak wylądowali już z ręką w nocniku.

Żeby jakoś uratować sytuację, należało więc wywrzeć presję na studentów. W niedawnej wiadomości dowiedzieliśmy się więc, że:

  1. nie poradzimy sobie na studiach;
  2. dosłowny cytat: „sabotujemy ten przedmiot”;
  3. zaniżamy poziom;
  4. robimy trudności innym;
  5. jeśli chodzi o pieniądze, to trzeba było sobie odłożyć, przecież oni mówili, że to będzie trzeba kupić (nie padła wcześniej żadna konkretna kwota);
  6. poza tym trzeba priorytetyzować wydatki, a to akurat powinno być priorytetem (no nie wiem, dla mnie np. większym priorytetem jest to, żeby mieć co jeść pod koniec miesiąca – też zupełnie nie rozumiem dlaczego);
  7. to jest część pensum (sylabusa), a zakup pensum jest absolutnie OBOWIĄZKOWY, więc jak śmiemy nie chcieć płacić;
  8. etc., etc.

Co ciekawe, zakup pensum okazał się absolutnie OBOWIĄZKOWY w momencie, kiedy okazało się, że ludzie nie chcą go za bardzo kupować. Także tego.

Też macie wrażenie, że coś tu chyba z byciem autorytetem poszło nie tak?

O powrotach i małych rzeczach

Dzisiaj piszę do was z domu.

Wylot do Polski na studieuke, możliwy z racji dobroci serca mojego taty, poprawił mi humor prawie natychmiastowo. Siedzę przy swoim wielkim monitorze z wiernym, gamingowym pecetem, otoczona przez masę rzeczy, które znam jak własną kieszeń – za mną stoi niedziałające już niestety pianino, na oknie trwają jeszcze jakimś cudem kaktusy, a na biurki stoi nisse, którego przywiozłam w zeszłym roku z Norwegii, i mięciutki Odsetek z kłapciatymi uszami. Na krześle po mojej prawej stronie leżą dwa flety, na których w końcu chcę zacząć znowu grać, a półki nad biurkiem uginają się od gier i książek.

Leciałam w środę rano – wstałam o siódmej i, krzątając się po wyjątkowo cichym domku, zjadłam śniadanie, dopakowałam walizkę i wyszłam, na zewnątrz wdychając w płuca zimne, wilgotne powietrze. W Hamarze od dłuższego czasu panuje aura późnego listopada – na drzewach jest coraz mniej liści, temperatura regularnie spada poniżej dziesięciu stopni, a deszcze pada nieustannie. Mężnie przetuptałam 1,5 kilometra dzielące moje miejsce zamieszkania od stacji (przynajmniej jest z górki) i, razem z całym tłumem równie zaspanych co ja ludzi, wsiadłam do pociągu R10 w kierunku Drammen.

Jeśli byliście kiedyś na Gardermoen, to wiecie, jak wielki jest to moloch. Na szczęście wszystko jest mocno zautomatyzowane, przez co check-in i oddanie bagażu idzie szybko i raczej bezproblemowo, choć zawsze da się też zobaczyć zdezorientowanych podróżnych kłócących się z maszyną. Duty-free jak zawsze kusi wyborem kosmetyków, biżuterii, słodyczy i najrozmaitszej maści wszelkich innych dupereli, które w zasadzie nie są wam potrzebne do szczęścia, ale za to są takie fajne, a bramka, do której musicie dotrzeć, zazwyczaj znajduje się po drugiej stronie lotniska, przez co musicie znów pokonywać dziwnie wielkie odległości.

Kiedy siedziałam i czekałam na samolot, oglądając w Internecie instruktaże do Mudboxa (program do rzeźbienia w 3D), przez głośniki rozległo się ogłoszenie o rozpoczęciu boardingu. Na początku po norwesku, potem po angielsku i po polsku. Siedząca obok mnie para starszych Norwegów uniosła głowy, wsłuchując się w komunikat, a po chwili krótkowłosa kobieta uśmiechnęła się do męża. „Jaki to ładny język!” – oznajmiła.

Jakoś tak się od razu robi cieplej na serduszku.

DSC01716

Piździernik

Kiedy człowieka prawie zwiewa z peronu po wyjściu z lotniska, od razu wiadomo, że wylądowało się w Gdańsku.

Polska przywitała mnie przede wszystkim zimnem i wiatrem – do najbliższej SKM-ki było ponad 20 minut, stałam więc na peronie, drżąc w swojej cienkiej, przeciwdeszczowej kurtce i trampkach, i z rozbawieniem zmieszanym z irytacją przyglądałam się współczekającym. Jakiś mężczyzna splunął zamaszyście, po czym podszedł do śmietnika i, zapaliwszy papierosa, rozpoczął płynnie rozmowę z dwoma Brytyjkami – również miłośniczkami tytoniu – w mocno akcentowanym angielskim. Plakat przyczepiony do witryny próbował przyciągnąć kursantów chętnych do nauki programowania i grafiki, ale niestety robił to Comic Sansem, co niestety zawsze jest zbrodnią na estetyce. Parę osób zastanawiało się, czy stoją po właściwej stronie peronu (nie) i czy dojadą tędy do Gdyni (nie).

Kiedy wsiadłam do pociągu, starszy mężczyzna o wyglądzie wykładowcy akademickiego, w skupieniu układając wargi w kształt słów, wpatrywał się w skserowany podręcznik do norweskiego.

***

Kiedy wysiadłam z pociągu, wiatr wiał tak mocno, że trudno było iść.

Umówiłam się z przyjaciółkami na obiad w Sphinksie, i zobaczenie ich wszystkich było absolutnie cudowne – przez wakacje wszystkie trochę się zmieniłyśmy, nasze drogi trochę się rozeszły, ale nadal mamy ze sobą masę wspólnego. Radośnie obgadałyśmy ich początek magisterki, ja ponarzekałam na swój kolejny licencjat, a za obiad i herbatę z hibiskusem zapłaciłam szaloną kwotę 23 złotych (w Norwegii więcej płacę za tabliczkę czekolady).

Fajnie być z ludźmi, których znasz, i którzy znają ciebie.

Oppgave 3.3
Mniej więcej tak wygląda mój pokój – musiałam go narysować na zaliczenie z rysunku.

Dużo małych rzeczy

Tym razem – trzy słowa odnośnie małych różnic. Bo czemu nie. A poza tym, takie małe rzeczy zauważa się jakoś najczęściej.

  • Czapki – kiedy byliśmy jeszcze mali, wbito nam do głowy, że w pomieszczeniach nie nosi się czapek. Zwyczaj ten wywodzi się zapewne z faktu, że w większości „oficjalnych” budynków – czyli też w szkołach – podstawową dekoracją jest krzyż i godło, a zdjęcie nakrycia głowy ma być wyrazem szacunku. W Norwegii nie – masa ludzi będzie siedziała na zajęciach w bejsbolówkach, i nikomu nie będzie to w najmniejszym stopniu przeszkadzać.
  • Jedzenie – w szkole na lekcjach jeść nie wolno. To wiemy. Na uczelni – można pić, jeść proszę w trakcie przerwy. W Norge? Na ostatnich zajęciach z animacji usiadł koło mnie gość z wielką, długą na pół metra paką popcornu, i radośnie chrupał go sobie przez całe zajęcia, racząc współtowarzyszy niedoli szeleszczeniem, ciamkaniem i zapachem oleju. Serio?
  • Chodniki – na bardziej „wewnętrznych”, osiedlowych drogach, zobaczycie czasami wybitnie dziwne układy ulic. Przede wszystkim – może się zdarzyć, że za „chodnik” będą robić po prostu pasy asfaltu o innym kolorze. Poza tym, po środku ulicy mogą rosnąć sobie radośnie dwa drzewa, pomiędzy którymi zrobiono dwa miejsca parkingowe. Albo miejsce na grilla. Albo ławeczkę otoczoną płotem. Do wyboru, do koloru.
  • Żwir – w Norwegii raczej nie sypie się zimą solą – zamiast tego zobaczycie piach i żwir. W zasadzie nie jest to głupie rozwiązanie, chyba, że macie buty z podeszwami zaprojektowanymi w taki sposób, że po każdym spacerze ponuro wydłubujecie z nich kamyczki.
  • Mopy – nie mam pojęcia, czemu mnie to tak irytuje, ale w kraju fiordów nie uświadczycie normalnych mopów. Zamiast tego zobaczycie długie, metalowe tyczki, na które nakłada się płaski „wkład” do zmywania. Przyznam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam to ustrojstwo, byłam nieco skonsternowana.
  • Szczotki do naczyń – Norwegowie nie myją naczyń gąbkami – zamiast tego mają szczotki. Uważam to osobiście za całkiem oświecony wynalazek, choć zdarzają się sytuacje, kiedy taką szczotką czegoś zwyczajnie domyć nie jesteś w stanie. Jako anegdotkę mogę dodać, że kiedy wspomniałam mojej norweskiej współlokatorce z Bø o tej różnicy, na jej twarzy pojawił się wyraz olśnienia: „Ooo, to DLATEGO wy tyle tego kupujecie!”.
  • Płatności dotykowe – jeśli jesteście przyzwyczajeni do pacnięcia kartą w ekran terminala i odmaszerowania w siną dal chwilę potem, tu możecie o tym zapomnieć. W tej chwili płatności dotykowe są już coraz popularniejsze, ale nadal znajdziecie sporo miejsc, gdzie za każdym razem będziecie musieli włożyć kartę i wstukać PIN, nawet, jeśli kwota, którą musicie zapłacić wynosi równowartość trzech złotych.
  • Karty bankowe – na kartach w Norwegii widnieje zdjęcie posiadacza – można się nimi posługiwać jako dokumentem identyfikacyjnym. Ot, taka ciekawostka.
  • Kaloryfery – nie uświadczycie raczej kaloryferów na wodę, czyli takich, jakie popularne są w Polsce. Ponad 80% domostw ocieplana jest energią elektryczną, część pali w kominkach. Z moich doświadczeń wynika, że elektryczne grzejniki mają dwa ustawienia – Syberia i Mordor, niezależnie od tego, jak delikatnie staralibyście się je regulować.
  • Ceny transportu – jeśli chcecie się gdzieś wybrać w Norwegii, to dużo taniej wyjdzie wam wycieczka samochodem niż pociągiem czy autobusem. Ceny transportu zbiorowego bywają paskudnie wysokie, i nie jest to tylko zdanie moje, jako biednej zagranicznej studentki – kilkukrotnie zdarzało mi się rozmawiać na ten temat z Norwegami, i również zdarza im się na to narzekać. Jest to dodatkowo ciekawe z racji, że wszystkie kraje skandynawskie dumne są ze swojej dbałości o środowisko, a wysokie ceny biletów nie zachęcają raczej do rezygnacji z samochodu

No dobrze – na dziś to by było na tyle. Jak na razie trzymam się kurczowo nadziei, że półtora tygodnia w domu podreperuje moje uszczuplone siły witalne i da mi trochę więcej nadziei na przetrwanie do końca semestru.

Trzymajcie kciuki.

Garść różnic i trzy słowa o porażkach

Czy powrót byłby porażką?

Jeszcze nie wiem. Ale szczerze mówiąc? Chyba nie.

Wiem, że wiele osób podchodzi do planów, które nie do końca wypaliły, jako do czegoś koszmarnie wstydliwego i negatywnego, ale czy tak rzeczywiście jest? Chyba nie w tym przypadku. Samotne wyemigrowanie z rodzinnego kraju jest niewyobrażalnie trudne, i ciężko wyobrazić sobie, jak zareaguje się na otaczającą cię dziwność i obcość, zanim jej rzeczywiście doświadczysz – zagraniczne wakacje, czy nawet Erasmus, nie są w stanie cię do tego przygotować. Moment, w którym po raz pierwszy uświadomisz sobie, że nie masz biletu powrotnego jest absolutnie przerażający, i nie zdziwiłabym się wcale, gdyby część osób stwierdzała w tym momencie: „cholera, nie”, i szła ten bilet kupić. Tęskni się – za ciepłem, za rodziną, za przyjaciółmi, za tym, co swojskie i znane. Nagle nie możesz kupić nigdzie szałwi (niedawno dowiedziałam się, że w ogóle z ziołami jest problem), ani nawet ulubionej pasty do zębów, i te małe, głupie rzeczy, z których jednak składa nasza codzienność, zaczynają zbierać się jedna na drugiej i jak cegiełki tworzyć wieżę żalu.

Nie, nie zamierzam na razie wracać.

Ale gdybym podjęła kiedyś taką decyzję – że to nie działa, że mam dosyć, że chcę do domu – nie zamierzam się też jej wstydzić.

Nowe sytuacje są czasem inne od oczekiwań, i zwyczajnie bez sensu jest ciągnięcie czegoś, co nie jest dla nas właściwe, jedynie dla idei.

Plan?

Dać sobie minimum rok.

Moje obecne niezadowolenie wywodzi się w dużej części z faktu, że mieszkam, gdzie mieszkam, na dodatek z ludźmi, ktorych nie lubię i z których niektórzy nie posiadają nawet centymetra sześciennego mózgu (w tych czaszkach musi roznosić się echo). Jak na razie – jest minimalnie lepiej, a zatyczki do uszu za 10 NOK to oficjalnie zakup mojego życia. Zaczęłam też łączyć się w bólu z inną współlokatorką, która chodzi ze mną na zajęcia – poranna droga na uniwersytet składa się głównie z narzekania na nasz marny los. Jednocześnie układam plany przeprowadzki i żyję nadzieją, że właściciel mojego obecnego lokum nie okaże się ostatnią szują, i pozwoli mi się wynieść mimo nieszczęsnej umowy, zostawiając je za sobą w obłoku kurzu.

Jestem bowiem zdania, że wysypianie się wybitnie rozjaśnia perspektywy na przyszłość.

Praca? Znajdę. W tej chwili odrobinę osłabł mój zapał do wysyłania CV wszędzie gdzie popadnie (tym bardziej, że zleceń mam dużo), ale wciąż szukam – codziennie przeglądam ogłoszenia. Istnieje jeszcze jeden minus w postaci tego, że z racji, iż grudzień mam cały wolny, chciałam to wykorzystać na naładowanie baterii – oczywiście w domu, co pewnie niemożliwe będzie do połączenia ze stał(lsz)ą pracą, ale cóż – zajmę się tym problemem, kiedy – jeśli – się pojawi, a na razie będę też wytrwale starać się o pracę zdalną, najlepiej trzymając się tego, co lubię i znam najlepiej – czyli graficzenia.

Oppgave3.1
Część mojego zaliczenia z rysunku, czyli obrazek pod tytułem „Co jem”. Więcej dodawać mi się nie chciało.

Porównanie: Bø i Hamar

Z racji, że mam doświadczenie z dwoma norweskimi uczelniami, mogę sobie pozwolić na robienie małych porównań – i wiecie co? Małe, zaledwie kilutysięczne Bø ze swoim Wzgórzem Zagłady wypada zdecydowanie na plus.

Po części moje pozytywne i nieco idylliczne wspomnienia z Bø wynikają na pewno z faktu, że byłam tak jako student-Erasmus, co zawsze zapewnia ci nieco większą taryfę ulgową, i „parasol” chroniący cię przed problemami zwykłych żaków. Mieszkałam w bardzo fajnym akademiku (nawet dziura w podłodze z zasłonką jako prysznic nie brzmi już tak strasznie), z cudowną współlokatorką, z którą wybrałam się kiedyś nawet w środku nocy do lasu (zimą!) oglądać Drogę Mleczną, miałam (w większości) niesamowicie fascynujące zajęcia, no i miałam grant, który (prawie) starczał mi na pokrycie czynszu. Wspomnianie Wzgórze Zagłady – czyli dosyć stroma górka, na której znajdowało się „akademikowe” osiedle, a pod którą trzeba było podchodzić po 30 minut, często z ciężkimi zakupami – też miało swoje mniej bolesne strony (jak na przykład to, że inne ćwiczenia nie były już szczególnie potrzebne…).

Przede wszystkim jednak Bø wydawało mi się dużo lepsze pod względem organizacji uczelni. W obu miejscach miałam dostęp do fejsbukowej grupy dla międzynarodowych studentów, i w odróżnieniu od Hamaru, w Bø działo się coś non-stop – a to Kaffekosen co środę, czyli cotygodniowe spotkania przy kawie, cieście i planszówkach, a to imprezy we wspólnym domu (przestrzeni na „akademikowym” osiedlu dostępnej dla wszystkich), a to koncerty w Kroa, czyli studenckim centrum kulturowym, i tak dalej, i tak dalej. Miejscowe studentki, które zajmowały się międzynarodowymi studentami pracowały jak mrówki, żeby nam pomóc i powiadomić o wszystkim, co dzieje się w miasteczku. W Hamarze natomiast? Przez większość czasu na międzynarodowej grupie hula wiatr.

Może to wynikać z faktu, że Bø było zwyczajnie mniejsze – dużo łatwiej jest ogarnąć nieco mniej jednak liczną grupę osób. Z drugiej strony mam jednak wrażenie, że zarówno studentkom-wolontariuszkom, jak i obsadzie biura międzynarodowego zwyczajnie bardziej się chciało.

DSC01651
Trochę więcej jesieni w Bø. Ładnie było.

Jak to jest z tą dbałością o język

Studiując w Bø, miałam przedmiot o luźno tłumaczonej nazwie „Język, jego rozwój i wariacje”. Poznawałam tam między innymi historię norweskiego, proces tworzenia się współczesnego języka, dialektologię, elementy socjolingwistyki, i tak dalej – ogólnie rzecz biorąc, był to chyba najbardziej wymagający, ale też najbardziej fascynujący przedmiot mojego życia. Wyniosłam z tych zajęć m. in. zrozumienie nynorska, czyli formy norweskiego, której wcześniej nie rozumiałam ni w ząb, ale też obraz podejścia Norwegów do języka, który, jak się później okazało, był jednak nieco błędny.

Jakiś czas temu Språkrådet, czyli „Rada Językowa” zajmująca się monitorowaniem zmian oraz reformowaniem obu „oficjalnych” form językowych, czyli nynorska oraz bokmåla, wyraziła oficjalnie zaniepokojenie faktem, że na uczelniach używa się zdecydowanie zbyt dużo angielskiego. Na niektórych kierunkach praktycznie 100% pensum jest właśnie w języku angielskim, a norweskeigo używa się dużo mniej albo wcale. Tutaj nie musisz studiować anglistyki albo innej filologii, żeby mieć do czynienia w trakcie studiów z obcym językiem w przestrzenii innej niż lektorat – tutaj bardzo dobra znajomość angielskiego jest zwyczajnie niezbędna do zrozumienia jakichkolwiek zajęć.

Historia norweskiego obfituje w masę zawirowań i absurdalnych z naszego punktu widzenia postaw. Sporo norweskiej polityki wewnętrznej w XX wieku dotyczyło w ten lub inny sposób kwestii językowych – np. w latach 50-60 odbywały się protesty rodziców i nauczycieli przeciwko polityce, którą przyjął wtedy rząd, czyli idei samnorska – stopniowego połączenia ze sobą bokmåla oraz nynorska. Masa reform i kwestii językowych wywoływała dosyć gwałtowne i gorące reakcje społeczeństwa, tym bardziej, że XX. wiek to czas w zasadzie formowania się wciąż współczesnego norweskiego, i odbywało się to w sporej części właśnie poprzez rządowe reformy.

Dziś wygląda to zupełnie inaczej. Jasne, w norweskim nadal istnieją dosyć zabawne formy – np. „tablet” to „nettbrett”, czyli dosłownie „deska do Internetu”, a „pendrive” to „minnepinne”, czyli „patyczek z pamięcią”, teoretycznie stworzone, żeby dbać o czystość języka. Ilość angielskiego, jakiego używa się na codzień, jest jednak nieco powalająca – szczególnie w momencie, w którym masz do czynienia z ludźmi zajmującymi się dosyć technicznymi kwestiami, ale też w zwykłych rozmowach, kiedy Norwegowie przeskakują nagle na kilka zdań na angielski, aby po chwili zupełnie naturalnie wrócić do swojego dialektu. Wyobraźcie sobie, że znajomy, którego akurat spotkaliście na przystanku tramwajomy, nagle zaczyna mówić po angielsku, i skończywszy anegdotkę, przerzuca się na polski – u nas takie zachowanie zalatywało by albo snobizmem, albo daleko posuniętą ekscentrycznością, a tutaj? Całkowicie normalne.

DSC01666
Jak już wrzucam jesień to idźmy dalej z tym motywem.

Podejście do problemów, czyli o pogadankach nauczycielskich

Norwescy wykładowcy niezbyt dobrze znają definicję słowa „dobrowolny”.

Wspominałam już wam kilkukrotnie o „weeklies”, czyli cotygodniowych zadaniach, które mamy wykonywać i składać z każdego przedmiotu, prawda? Otóż owe „weeklies” są, teoretycznie, nieobowiązkowe, choć przydatne – zazwyczaj stanowią jakąś część compulsory assignments, czyli zadań obowiązkowych, liczących się już do końcowej oceny. Otóż wychodzi, że jednak średnio nieobowiązkowe.

3D jako przedmiot dzielimy z bliźniaczym kierunkiem o wdzięcznej nazwie „spilltek”, czy też „spillteknologi” – coś w rodzaju „technologia gier”, który też od naszego różni się tym, że jest nieco bardziej techniczny – mają tam np. matematykę (o zgrozo, matma po norwesku) czy programowanie. Z racji tej bliskiej więzi na zajęciach jest nas ponad 100 sztuk, przez co dzielimy się na dwie sale – w jednej z nich głos prowadzącego słychać przez głośniki, a pytania zadaje się przez mikrofon, żeby wszyscy mogli je usłyszeć. Przez tę tłumność, wykładowcy stwierdzili, że nie będą w stanie komentować nie tylko naszych weeklies, ale też zadań obowiązkowych, i jeśli ktoś pragnie dowiedzieć się, co dokładnie powinien poprawić, ma zgłaszać się po wskazówki indywidualnie. Wiadomość ta spotkałą się z średnim, określając to eufemistycznie, zadowoleniem moich współtowarzyszy niedoli i sprowokowała wyrażające te właśnie emocje komentarze na forum, którymi dosyć mocno obruszyli się z kolei wykładowcy.

I dzięki właśnie temu zasłużyliśmy sobie na pogadankę, w trakcie której zwołano nas wszystkich do jednej sali, przez co część ludzi musiała stać pod ścianą. Trwało to jakieś trzydzieści minut i przypominało nieco grupową terapię, w której ochotę ma brać tylko jedna strona konfliktu.

W trakcie wspomnianej sesji terapeutycznej dowiedzieliśmy się, że do zajęć powinniśmy podchodzić poważnie. Że nie jesteśmy już w liceum (łał, przez ostatnie kilka lat nie zdążyłam zauważyć) i musimy zacząć sami dbać o swoją edukację. Że to niewybaczalne, że tak niewiele osób złożyło w tym tygodniu nieobowiązkowe prace (ze stukilku nie złożyło ich szesnaście). Że oni otworzą portal, i ci, którzy tego jeszcze nie zrobili, mają je do końca dnia wysłać.  I, że jeśli coś nam się nie podoba, to forum nie jest miejscem do wyrażania naszego niezadowolenia, bo to niesie negatywną energię, która potem się rozprzestrzenia. Jeśli coś nam się nie podoba, mamy przyjść bezpośrednio do nich i porozmawiać o tym w cztery oczy. A poza tym oni wiedzą, kto zostawił ten komentarz na forum, nie myślcie, że to anonimowe, i dlaczego napisał coś tak nieuprzejmego? 

Okej, nie zrozumcie mnie źle – ów komentarz rzeczywiście nie wygrałby nagrody na najbardziej milusińki komentarz roku. Wyrażał frustrację i niezadowolenie autora, głównie z powodu braku reakcji/wskazówek odnośnie składanych przez nas prac, nie był jednak też wybitnie chamski, choć parę zwrotów rzeczywiście dałoby się załagodzić. Jego autor jednak, przy widowni stukilku osób wstał, spokojnie powiedział, że przeprasza, jeśli jego słowa zostały odebrane jako nieuprzejme, i wstyd mu za to, niemniej jego opinia pozostaje niezmieniona. Bum.

Dyskusja, która nastąpiła później, polegała głównie na wylewaniu frustracji ze strony studenckiej, oraz „ranicie nasze uczucia” ze strony wykładowców. Ja siedziałam głównie cicho w swojej ławce, umierając po trochu z nudów, a po trochu z zażenowania – nie byłam tylko pewna, kto irytuje mnie bardziej.

 

2017-09-29 12_18_02-Mirror by Marta - 3D model - Sketchfab – Opera.png
To jest moje lusterko. Stoi na moim biurku, ale teraz przeniosło się też do świata 3D, bo jest częścią zaliczenia.

Uderz w stół, a student się odezwie

Jedną z rzeczy, która bardzo nie podobała mi się wśród braci studenckiej w trakcie moich poprzednich studiów, była niechęć do postawienia się jakimkolwiek osobom w pozycji autorytetu. Wszyscy zawsze byli chętni do narzekania po cichu, prywatnie i za plecami, ale podjęcie jakichkolwiek innych działań – nawet jeśli chodziło wyłącznie o rozmowę z wykładowcą – spotykało się zazwyczaj albo ze sprzeciwem, albo z totalną apatią.

W Norwegii jest inaczej – nikt nie boi się raczej wyrazić swojego niezadowolenia, niezależnie, czy jest ono uzasadnione, czy nie. W trakcie rozpoczęcia roku powiedziano nam nawet, żebyśmy byli „litt respektløse”, czyli dosłownie „trochę bez szacunku”. Zwrócono nam uwagę na to, że wykładowcy nie wiedzą wszystkiego i mogą się mylić, czy do czegoś źle podchodzić – co, jak pewnie sporo z was wie z doświadczenia, czasem jest jednak prawdą. Relacja nauczyciel-student jest tutaj dużo, dużo luźniejsza (choć w zasadzie na skandę w Gdańsku naprawdę nie ma co pod tym kątem narzekać) – wpływ ma na to na pewno chociażby sam fakt, że do każdego, niezależnie od wieku czy zajmowanej pozycji, mówi się po imieniu, co już w ogromnym stopniu skraca dystans. Poza tym – nie ma atmosfery „świętego” szacunku dla ludzi będących naszymi przełożonymi czy w jakikolwiek inny sposób stojących od nas „wyżej”. Każdy ma prawo do wypowiedzi.

Pamiętam, że było to coś, co zaskoczyło mnie już w Bø – jak często i jak licznie ludzie mówią, również w trakcie zajęć. Znacie na pewno chwile, w której wykładowca zadaje pytanie, i na sali zalega złowroga cisza, podczas której wszyscy jak jeden mąż usiłują uniknąć nawiązania kontaktu wzrokowego, a rzucone w trakcie wykładu „na koniec mam nadzieję na dyskusję” traktuje się jako świetny żart. Tu takich sytuacji nie ma – jeśli pada „czy są jakieś pytania?”, to zazwyczaj będą, a poproszeni o opinię czy komentarz, studenci zawsze mają coś do powiedzenia.

Różni się też poziom wpływu na życie samej uczelni. Studenckie organizacje są wszędzie, a każdy rok wybiera swojego „przewodniczącego” i kilku zastępców, którzy regularnie mają spotkania z opiekunem roku, a jeśli trzeba i władzami uczelni, i przedstawiają im pojawiające się problemy – nawet jeśli chodzi o rzeczy takie, jak np. mało miejsc parkingowych. Studenci mają możlwiość dokonania rzeczywistych zmian, jeśli zajdzie taka potrzeba, i wcale nie jest to trudne – nas się tu słucha. 

Nie jest, oczywiście, całkowicie bajkowo – niektóre rzeczy nam oferowane nadal wprawiają mnie w konsternację, tym bardziej, że mimo podarowania wielu opcji, zdecydowanie bardziej trzyma się tu ludzi za rączkę. Z drugiej strony, może to też wynikać z faktu, że przyzwyczajona jestem do uczelni, na której panuje jeden wielki i niemożliwy do opanowania bajzel, który z czasem zaczął żyć własnym życiem i pełzać. Ale tylko może.

 

 

 

O błądzeniu we mgle

To już chyba taka tradycja, że pierwszy pokój, który gdzieś zajmuję, musi być okropny.

Wyjeżdżając na studia do Gdańska nie trafiłam na miłą współlokatorkę. Nie miałyśmy zbyt wiele wspólnego, charakterego nie dobrałyśmy się zupełnie, skończyło się więc na ponurym milczeniu i zgryźliwych komentarzach. Nie czułam się tam dobrze i wyprowadziłam się po jednym semestrze – tym bardziej, że po około miesiącu zdobyłam wielu nadliczbowych współlokatorów, w mieszkaniu pojawiły się bowiem karaluchy. Tak, dobrze słyszycie – karaluchy. Wchodzenie do kuchni po zmroku sprawiało, że po moich plecach przebiegały dreszcze, jedzenie zaczęłam trzymać w szczelnie zamkniętych pojemnikach, a do dziś, widząc w okolicy produktów spożywczych czarną kropkę – choćby okazałą się tylko ziarnkiem albo paprochem – mam ochotę uciekać i krzyczeć.

Pewnie już trochę nudzi się wam czytanie moich narzekań dotyczących obecnych współlokatorów (tym bardziej, że czegokolwiek by o nich nie powiedzieć, do karaluchów im jednak daleko), niemniej w tym tygodniu postanowiłam robić listę, żeby w ramach autoterapii móc się chociaż trochę powyzłośliwiać i podzielić z kimś swoim cierpieniem. Głębokim cierpieniem.

Zatem – co było oglądane na telewizorze opierającym się o ścianę mojego pokoju:

  1. Przyjaciele – 6:30 rano, dwukrotnie
  2. Przyjaciele – 8:00, raz
  3. Spongebob Squarepants – 1:00-3:00 w nocy, raz
  4. Guitar Hero (gra, w której gra się na gitarze elektrycznej) – 00:30, raz

Dzień wyprowadzenia się stąd ustanowię świętem narodowym – pójdę do Vinmonopolet, kupię butelkę jakiegoś koszmarnie drogiego alkoholu (czyli jakiegokolwiek w Norwegii, chlip), i wypiję go sobie sama. W błogiej, nieprzerywanej żadnym krzykiem, serialem, kreskówką, rapem, rykami śmiechu, tupotem, charczeniem, kaszlem czy innym dźwiękiem przekraczającym normalne poziomy decybeli CISZY.

 

Miało być trochę inaczej

Za oknem jest obecnie zimno i mokro, a aura nie sprzyja pozytywnemu myśleniu – moje różowe okulary zostały w domu, a przyglądając się niewielkiej przestrzeni, którą widzę za szybą (mam widok na podjazd i kilka domków po drugiej stronie ulicy), dostrzegam tylko szarość i obcość. Liczę tygodnie – spędziłam ich tu już sześć, ale nadal nie dotarłam do punktu, w którym po na tyle już długim okresie miałam nadzieję być – czyli do punktu, w którym jestem znośnie zadowolona ze swojej sytuacji.

Jadąc tutaj, nie oczekiwałam cudów – wiedziałam, że pierwsze tygodnie po przeprowadzce będą pewnie jednymi z najcięższych i najbardziej samotnych dni mojego życia. Samotność jakoś wcale mi nie dokucza – raz, że mam wspaniałą rodzinę i świetnych przyjaciół, z którymi codziennie rozmawiam przez Internet, dwa, że poznałam i tutaj sporo całkiem sympatycznych osób. A ciężar? Ciężar dokucza bardzo. Okazuje się, że zupełnie inaczej jest przygotowywać się na to, że będzie trudno, a zupełnie inaczej jest to rzeczywiście przeżywać.

Podróże odbiera się nieco odmienne, kiedy człowiek orientuje się, że nie mają one daty końca. Że po kilku tygodniach czy miesiącach nie wróci się już do domu – że to tu, w tym dziwnym, obcym miejscu, z dala od wszystkiego, trzeba zbudować sobie nowy dom – poskładać go z cegiełek wspomnień, których jeszcze nie mamy, z twarzy ludzi, których jeszcze nie poznaliśmy, z doświadczeń, których jeszcze nie zdobyliśmy. 

W tej chwili jest dużo lepiej, niż na początku – i mam na myśli naprawdę dużo, dużo lepiej. Kiedy przypomnę sobie te koszmarne kilka dni po przylocie, przechodzą mnie dreszcze – przetrwanie ich przypominało upartą, nieco desperacką próbę przebicia się kilofem przez wyjątkowo oporną kamienną ścianę. W tej chwili weszłam już trochę w rutynę – poznałam miasteczko, wiem, jak najszybciej dojść do uniwersytetu, gdzie są sklepy, gdzie kino, gdzie mogę pójść, żeby zachłysnąć się odrobiną ciszy. Nadal jednak nie czuję się u siebie i myślę, że miną lata, zanim zbuduję w sobie wystarczająco dużo poczucia bezpieczeństwa i swojskości, żeby wracając do Hamaru powiedzieć: „jadę do domu”.

Dręczy mnie melancholia i poczucie tymczasowości – myślę, że dużo lepiej czułabym się, wiedząc, że chcę zostać w danym miejscu na dłużej. W tej chwili złożyłam już podanie o akademik na następny semestr – o kawalerkę lub miejsce w mieszkaniu dwupokojowym – i trzymam się kurczowo nadziei, że ten akademik dostanę, bo rok wytrzymać w moim obecnym miejscu byłoby ciężko. Chciałabym zamieszkać gdzieś, gdzie mogę z czystym sumieniem kupić sobie głupią maselniczkę, czy ładne pudełeczko na biżuterię, bo wiem, że za kilka miesięcy nie będę się wyprowadzać – obecnie staram się ograniczać jakiekolwiek zakupy. W końcu im więcej rzeczy posiadam, tym trudniej będzie mi się potem przenieść, a to już nie Gdańsk, gdzie mogę poprosić tatę o użyczenie swojej osoby i swojego samochodu do pomocy przy przeprowadzce. Istnieje jeszcze kwestia tego, że moja obecna umowa nie daje mi możliwości przeniesienia się do końca lipca następnego roku, ale z racji, że właściciel jak na razie wydaje się być w porządku, mam nadzieję na pozytywny wynik negocjacji (jeśli dostanę akademik, to trzymajcie kciuki).

DSC01645.jpg
Tak wyglądała jesień w Bø – prawda, że malowniczo?

Człowiek szuka, człowiek błądzi

We wrześniu los podarował mi spory łut szczęścia, bo rozwiązał się jakiś tajemny worek ze zleceniami, i na szczęście nie muszę się martwić o czynsz na następnych kilka miesięcy, niemniej, mimo to – mężnie wysyłam CV.

Przyznam się bez bicia – nienawidzę pisać listów motywacyjnych. Moja nienawiść do nich przekracza wszelkie normy, a pisanie ich po norwesku jest już szczególną i na dodatek dosyć wymyślną formą tortur. List – czyli inaczej søknad – formułuje się na dodatek w Norwegii trochę inaczej, przez co sporo czasu spędziłam, surfując po odmętach norweskiego Internetu i szukając odpowiednich przykładów.

Mając zajęcia zaledwie trzy razy w tygodniu, mam masę wolnego czasu – jasne, sporo z tego spędzam pracując jako freelancer albo ślęcząc nad zadaniami na uczelnię, ale równie dużo schodzi mi na zmuszaniu się, żeby w ogóle zacząć. Praca potrzebna mi więc nie tylko po to, żeby zyskać stabilny sposób opłacenia czynszu, ale też po to, by choć trochę ograniczyć sobie możliwość tępego gapienia się w ekran lub ścianę i jednoczesnego zastanawiania się, po co ja tu, do cholery, przyjechałam. 

14739480327675.jpg
Źródło: memy.pl

Trudności? Język. Listy motywacyjne składają się w 10% z faktów, a w 90% z lania wody, szczególnie w wydaniu norweskim, i szczególnie, jeśli aplikujecie np. na stanowisko sprzedawcy w sklepie z mrożonymi jogurtami. Nie oszukujmy się – raczej niewiele osób będzie w stanie szczerze napisać, że jogurty są ich życiową pasją, a możliwość nakładania ich do kubeczków pewnie nie spełni niczyich dziecięcych marzeń. Sporo wieczorów spędziłam więc wystukując na klawiaturze entuzjastyczne zwroty mające przekonać potencjalnych pracodawców o moim entuzjazmie, towarzyskości i zapale do pracy w zespole (wiem, bardzo zabawne) – z miną idealnie odwzorującą twarz skazańca ostrzącego topór na własną egzekucję.

Jak na razie – odzewu brak. Istnieje opcja, że po prostu jestem ostatnią nogą w pisaniu listów motywacyjnych, albo, że mój zmęczony umysł nie wyłapał tysiąca błędów gramatycznych, na które nieopatrznie naraziłam oczy rektutujących. Istnieje też opcja, że jak na razie minęło po prostu za mało czasu – rekrutacje trwają często długo, a odpowiedź mogę dostać równie dobrze po miesiącu. Kolejnym wyjściem jest to, że przeszkodą było moje obce nazwisko (raczej mało prawdopodobne, choć to wbrew pozorom często problematyczne trzy literki), albo – co już bardziej możliwe – świadczący o niedawnym przybyciu do kraju zagraniczny numer telefonu z źle wróżącym „+48” na początku. Nie zdziwiłabym się, gdyby po zobaczeniu tych dwóch cyfr rekruter zwyczajnie wyrzucił moje CV do kosza – w końcu gwarancja, że rzeczywiście mówię dobrze po norwesku jest mniejsza niż u osób, o których wszystko świadczy, że są stąd.

Nie martwcie się – nie zamierzam się poddawać (cha cha, nie mam wyjścia). Przeglądam ogłoszenia o pracę codziennie, więc za jakiś czas pewnie coś się trafi – i nawet, jeśli nie będzie to praca moich marzeń to hej, od czegoś trzeba zacząć, a pieniądze wyglądać będą tak samo uroczo.

not_lies04
Źródło: Brighside.me

Na morzu papierów nie widać brzegu

Dlaczego, spytacie, po tych nieszczęsnych sześciu tygodniach nie mam jeszcze norweskiego numeru?

Bo szuje z MyCall jeszcze mi go nie przysłały.

W tej chwili czekam na kartę SIM, która teoretycznie powinna była przybyć do mnie w ciągu tygodnia od kupna, niemniej jak na razie nie zobaczyłam nawet śladu świadczącego o jej istnieniu. Jest to zapewne po prostu kwestia czasu – na przykład opóźnień poczty, która, jak się już zdążyłam przekonać, działa często w sposób równie absurdalny, co polska (przywożenie awizo po odebraniu przeze mnie paczki? proszę bardzo!), niemniej kolejne obsuwy zaczynają mnie mocno irytować – byłoby cudownie, gdyby chociaż raz coś poszło tak, jak pójść powinno.

Drugą papierkową i wciąż nie rozwiązaną sprawą jest konto bankowe. Po nieco ponad dwóch tygodniach dostałam w końcu odpowiedź na swoje podanie z DNB – oznajmiono mi, że aby kontynuować proces, muszę przesłać im dowód, że jestem zarejestrowana w Folkeregisteret. Niestety, nie wystarczyło owego dowodu zeskanować i wysłać mejlem, ani skserować i zanieść do oddziału w Hamarze – nie, z „powodów bezpieczeństwa” musiałam to ksero wysłać pocztą do siedziby banku w Oslo. Dzięki temu proces zakładania konta wydłużył się niniejszym o kolejny tydzień, a zanim mój list dotupta do stolicy minie zapewne znowu kilka dni. Potem czeka mnie w końcu wizyta w miejscowym oddziale DNB i może – bo dotychczasowe doświadczenia budzą w mnie, jak sądzę, całkowicie zrozumiały fatalizm – nareszcie stanę się posiadaczką norweskiego rachunku.

Piłeczka na osłodę

Niedawno zaczęliśmy już właściwe zajęcia z animacji – czyli skończyliśmy uczyć się historii i otworzyliśmy program. Pierwszym z naszych zadań ma być zanimowanie odbijającej się piłeczki – co wcale nie jest aż tak proste, jak może się wydawać, niemniej w trakcie przygotowań uczymy się całej masy przydatnych rzeczy. Animacja to pierwszy przedmiot, z którego sposobu prowadzenia jestem jak na razie w stu procentach zadowolona – segment z historią był badzo ciekawy, natomiast teoretycznie „techniczne” rzeczy, z którymi też musimy się zapoznać, mają masę praktycznych zastosowań nie tylko przy wprawianiu rzeczy w ruch. Jedną z 12 zasad głównych zasad animacji jest na przykład to, że wszyskie istoty oraz przedmioty organiczne poruszają się na bazie łuków – co sprawia na przykład, że inaczej zaczynasz patrzeć chociażby na ludzi, gdy próbujesz narysować ich w jakiejś dynamicznej pozie. Nie chcę was tu zanudzać, niemniej – jeśli lubicie rysować, to polecam przyjrzenie się wspomnianym 12 zasadom, bo możecie odkryć sporo ciekawych rzeczy, o których dotychczas nie mieliście pojęcia.

Za tydzień wrzucę tu zanimowaną przez siebie piłeczkę. Hurray!

Czas na jesień

Jesień wszędzie smakuje trochę inaczej.

W Hamarze jest zimno – temperatura oscyluje w okolicach 10 stopni, słońce wychodzi rzadko i tylko po to, by stwierdzić, że tak naprawdę wcale mu się tu nie podoba, a o okienne szyby bębni zazwyczaj rytmicznie deszcz – ten się zadomowił. Mokre chodniki zaczynają pokrywać się warstwą żółknących liści, a drzewo, które mijam po drodze do mieszkania, zaczęło zmieniać kolor na niesamowicie intensywny odcień czerwieni. Niekiedy robi się ciemno już w okolicach 17.00 – wczoraj zapalałam o tej porze światło. Chmury miały barwę ołowiu i wyglądały, jakby ze wszystkich sił pragnęły łupnąć z hukiem o ziemię.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jesień to synonim melancholii – świat idzie spać. Jedyne, na co mam ochotę, to skulenie się pod kocem z herbatą i książką, a poranne wstawanie na zajęcia zaczyna być coraz bardziej bolesne. Kiedy w Polsce zaczynało się semestr w październiku, jesteń była już zazwyczaj w pełni, a nowość kolejnego roku chyba przysłaniała trochę fakt, że dni robiły się coraz krótsze, a człowiek potrzebował coraz cieplejszych skarpetek.

Uczmy się (sami)

Moje odczucia odnośnie zajęć są dotychczas dosyć ambiwalentne – z jednej strony uczę się dużo, z drugiej – mam wrażenie, ze uniwersytet ma w tym jednak niewielkie zasługi.

Pociągnięte do ekstremum „flipped classroom” (metoda polegająca na tym, że uczeń sam poznaje materiał, a potem wykorzystuje go praktycznie w trakcie zajęć) na 3D sprawdza się średnio – stos linków do internetowych tutoriali rośnie z każdym tygodniem, co nie zmienia faktu, że w ten sposób mogłabym uczyć się całkowicie samodzielnie. To właśnie oglądając instruktaże na Lyndzie (popularny portal z profesjonalnymi kursami video, jeśli nie znacie to zerknijcie, warto) nauczyłam się obsługiwać np. InDesigna i składać w nim publikacje do druku, czy konwertować je do formatów ebookowych. Nie był mi do tego potrzebny uniwersytet, tylko trochę własnej determinacji i fakt, że zwyczajnie lubię się uczyć – obecnie mam na koncie kilka książek zaprojektowanych od deski do deski całkowicie przeze mnie. Gdybyśmy jeszcze rzeczywiście robili na zajęciach coś praktycznego, wyglądałoby to zapewne dużo lepiej – niemniej w wersji końcowej robi się z tego bajdurzenie o niczym przez cztery bite godziny.

 

37
Entliczek, pętliczek, dużo pomarańczowego, zrobione w 3D tymi łapkami.

Ach, ta sztuka!

Pamiętacie lekcje z polskiego, na którym z uporem godnym znacznie lepszej sprawy zmuszano nas do nieudolnych prób domyślenia się, co autor klu… przepraszam, lektury miał na myśli?

Przepraszam, że wam to przypominam, pewnie też przeżywacie jeszcze echa tej traumy.

Piszę o tym po to, żeby poruszyć temat podejścia do sztuki w ogóle – jako czegoś, czemu trzeba bić pokłony, przyglądać się w aurze niemego zachwytu i zadumy, i najlepiej nie zbliżać się na odległość więcej, niż pięciu metrów, bo a nuż splamimy Dzieło swoją plebejską obecnością. Zaczęłam o tym myśleć, kiedy przeczytałam, iż częścią naszego zaliczenia z rysunku ma być dostarczenie teczki z pracami oraz „krótkiego” tekstu na 2 strony A4, w którym mamy podzielić się refleksjami dotyczącymi wybranych środków i zastanowić się, co mówią one o naszej tożsamości. Żeby dać wam pełen obraz wagi prac, które musimy popełnić – jedną z nich ma być narysowanie jabłka.

Mam duży problem z nadinterpretacją sztuki. Zawsze miałam. Szczerze nie cierpię idei „jedynych właściwych” wniosków, dlaczego pałam dość intensywną niechęcią do analizy literatury – z jakiegoś powodu te dyskusje zawsze kończą się „oficjalnie uznawana wersja to X, więc nie masz racji”. Sztuka pojmowana jako coś, co ma być niedostępne dla ogółu, trudne do zrozumienia i ciężkie w odbiorze nigdy mi się nie podobała, a doszukiwanie się głębi w każdym pociągnięciu pędzla czy przecinku zazwyczaj wydaje mi się daleko posuniętym idiotyzmem. Obrazek jabłka jest czasem tylko i wyłącznie obrazkiem jabłka, a wybór środków może wywodzić się z tego, że właśnie zarobiłam sobie na nowe pędzle i chciałam je wypróbować.

Podchodzę to tego w ten sposób pewnie też dlatego, że nie uważam się za wielką artystkę i nie mam takich ambicji. Jako dziewczynka uwielbiałam patos i górnolotne zwroty, ale szybko z tego wyrosłam – w tej chwili stoję dosyć mocno na ziemi i, szczerze mówiąc, swoim rysowaniem chcę po prostu zarabiać pozwalającą na wygodne życie ilość pieniędzy. Nie chodzi mi o nic innego – może czyni to ze mnie wstrętną materialistkę, ale nie uważam się też za kogoś, kto tworzy rzeczy wielce głębokie. Jasne, istnieją teksty, obrazy i inne dzieła, które zawierają coś więcej, niż odbicie szarej rzeczywistości – do tego też sztuka między innymi służy, do sprawienia, żeby codzienność nie była zawsze całkowicie nieznośna. Wynoszenie jednak dzieł i twórców na piedestały nie służy jednak według mnie niczemu poza snobistycznym ograniczaniem do nich dostępu – artyści to wciąż ludzie, tacy sami, jak ty, czy ja, a nie uduchowione istoty z innego świata – jedyna różnica to ta, że potrafią nieco efektywniej wyrazić swoje myśli i uczucia.

Podsumowując – nie należy dopisywać filozofii do rzeczy, które filozoficzne wcale nie są.

weekly36
Jedna z moich „tygodniowych” prac na zajęcia z rysunku.

Językowości

Z mówieniem radzę sobie już o niebo lepiej niż na początku – przede wszystkim odzywam się, nie zapominając tak często jak wcześniej podstawowych zwrotów. Nieco dziwne jest jednak uczucie, kiedy człowiek mówiąc, zaczyna nagle zastanawiać się, jak się coś odmienia – jeśli uczyliście się kiedyś jakiegoś języka obcego, to znacie zapewne etap uczenia się czasowników nieregularnych. Przy wypowiadaniu niektórych zdań przebiega mi czasem przez głowę cała litania różnych odmian, tym bardziej, że niektóre formy różnych czasowników są do siebie bardzo podobne – np. jedna z form przeszłych czasownika se (widzieć) to så (å, czyli potocznie „święte a”, czyta się jak nasze o) , a czasownika si (mówić) to sa, co zawsze koszmarnie mi się mieszało.

Masa tych problemów wynika zwyczajnie z braku praktyki i osłuchania z językiem – norweskiego uczyłam się w dosyć, powiedzmy, „standardowy” sposób, poznając powoli wszystkie reguły gramatyczne i stopniowo nabywając słownictwo. Tego problemu nie miałam z angielskim, którego w większości nauczyłam się sama – moja metoda polegała głównie na czytaniu wszystkiego, co udało mi się dorwać w łapki, przez co nadal nie potrafiłabym wyjaśnić, w jakich okolicznościach używa się jakiego czasu, ale za to użyję każdego całkowicie poprawnie i instynktownie.

Dużą przeszkodą w używaniu języka obcego jest własna niepewność – nawet jeśli pozbyliście się już, jak ja, tej pierwszej bariery językowej, to i tak będziecie czasem plątać się w całkowicie prostych, podstawowych zdaniach, bo akurat dopadnie was mały potwór, który wyjmie wam kilka kręgów z kręgosłupa, i zaczniecie zastanawiać się, czy aby na przykład tu nie powinno być jednak inwersji. Żyję nadzieją, że przejdzie – większość tego typu problemów na szczęście znika razem z czasem.

Bądź grzeczny, klnij jak Norweg

Teraz trochę zmienimy temat – jeśli znacie chociaż trochę norweski, to wiecie zapewne, że Norwegowie naprawdę, ale to naprawdę nie potrafią przeklinać.

Przede wszystkim sfera tabu po norwesku jest trochę inna – u nas wiąże się głównie z seksualnością i cielesnością ogólnie pojętą, u nich – z religią, diabłem i piekłem. W związku z tym Norwegowie przeklinać będą za pomocą słów typu „helvete” („piekło”) czy „Satan” (tego raczej nie trzeba tłumaczyć), a jeśli chcą podkreślić, że coś jest naprawdę fajne, to mogą ewentualnie powiedzieć „dritt bra” („dritt” to dosłownie „gówno”) albo „jævla bra” („jævla” to forma słowa „djevla”, czyli dosłownie coś w rodzaju „piekielny” – kontekstowo bardziej podobne do naszego „cholernie”).

Podstawowym przekleństwem jest jednak „fæn”, które teoretycznie jest odpowiednikiem naszej swojskiej „kurwy”, niemniej w rzeczywistości w ogóle nie wydaje się mieć takiego oddźwięku. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że używane jest przez wszystkich i wszędzie. Otoczona jestem głównie młodymi ludźmi, którzy chyba międzynarodowo przeklinać mają w zwyczaju dosyć często, niemniej słowem „fæn” nieustannie rzucają tu nawet nieśmiałe grzeczne dziewczynki jeżdżące co weekend do domu. Zupełnie nie da się tego dopasować do siły rażenia naszych przekleństw – rzucone donośnie na ulicy „o, kurwa!” ściągnie na ciebie w większości przypadków pełnie niechęci i potępienia spojrzenia, natomiast na używane w co drugim zdaniu „fæn” jakoś nikt nie zwraca tu zbytnio uwagi.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o przekleństwa, Norwegowie są strasznie słabi – szczególnie w porównaniu do niewyczerpanej kreatywności Polaków. Kiedyś próbowałam spytać o to koleżankę Norweżkę, stwierdziła ona jednak, że rzeczywiście, na południu jest dosyć mało zróżnicowanie, ale oni na północy – skąd pochodziła – potrafią kląć jak się patrzy.

Ot, różnice kulturowe.

DSC02509
Na wrześniowym pchlim targu udało mi się uchwycić trzy sekundy słońca.

Norwegowie są dziwni odcinek 348623899, czyli wybory

Na koniec ostatnia już ciekawostka kulturoznawczo-polityczna – parę dni temu odbyły się w Norwegii wybory. Najwięcej głosów uzyskała AP, czyli Arbeiderpartiet – Partia Pracy, najwięcej miejsc w parlamencie otrzymała jednak koalicja, której przewodzi Høyre, czyli partia obecnej premier – Erny Solberg.

Wynika to głównie z tego, że norweski system wyborczy jest niemożliwie porąbany.

Zastanowiło mnie to dosyć mocno, więc zaczęłam szperać. Norwegia podzielona jest na 19 fylke, czyli coś w rodzaju naszych województw. Każde z nich otrzymuje wcześniej wyliczoną liczbę mandatów do wypełnienia – oblicza się to na podstawie ludności i powierzchni i przelicza co 8 lat. W związku z tym np. Oslo dostaje 16 mandatów, Telemark 6, Finnmark 5 i tak dalej i tak dalej.

Dzięki takiemu systemowi – liczba mandatów jest w końcu ustalona z góry – dana partia może dostać więcej głosów, ale mniej miejsc w parlamencie… bo dostała je w fylke, do której przyporządkowana jest mniejsza liczba mandatów.

Jeśli nadal nie za bardzo rozumiecie o co chodzi, nie bójcie się – ja też nie.

A Norwegowie, z tego co z nimi rozmawiałam, w większości również podzielają nasz brak zrozumienia.

 

W Norwegii wszystko jest Grandiosą

Aby skończyć pierwszy miesiąc pobytu w Norwegii z przytupem, zachorowałam okrutnie.

Jako dziecko byłam koszmarnie chorowita – więcej czasu w trakcie roku szkolnego spędzałam w domu niż w szkole, nieustannie łapiąc kolejne infekcje, przeziębienia, zapalenia oskrzeli, któregoś razu nawet płuc, a większość gimnazjum spędziłam na nauczaniu indywidualnym (i dobrze, bo jeśli istniało dla nieśmiałej 13-latki piekło na ziemi, to moje gimnazjum właśnie nim było). Wraz ze skończeniem szkoły moje problemy zdrowotne zaczęły stopniowo znikać, a przez ostatnie trzy lata przeziębienia zdarzały mi się sporadycznie, trwając zazwyczaj nie dłużej, niż tydzień, i odchodząc równie szybko, co się pojawiały.

Nie tym razem.

Pogoda w Hamarze jest obecnie wybitnie paskudna – nieustannie leje, jest zimno i mokro, a ja na dodatek przez długi okres nie miałam w pokoju kaloryfera. Po upomnieniu się o niego u właściciela, zamontowano mi go kilka dni później, niemniej szkoda została już wyrządzona, przez co już poprzedni weekend spędziłam owinięta kocykiem, wypijając hektolitry herbaty i otulając stópki kilkoma parami ciepłych skarpetek. W międzyczasie dostałam niesamowicie cudowną paczkę od przyjaciółki z Gdańska – Magda, pozwolę sobie oficjalnie przesłać ci wyrazy miłości – w której znalazły się między innymi krzyżówki, cobym nie zapomniała języka, szkicownik, lizak, ptasie mleczko, herbata z imbirem i wino, z którego zrobiłam sobie grzańca i które samo w sobie sprawiło, że nagle zaczęłam oddychać. Niestety – katar zniknął, pojawił się kaszel, i mimo całkiem dobrego początku tygodnia w środę zrezygnowałam z zajęć na rzecz łóżka, czekolady i cytrynowych tabletek na gardło, poleconych mi przez miłą panią w aptece – i które kosztowały prawie sto koron (~pięćdziesiąt PLN).

giphy

Zostałam więc chora, nieszczęśliwa i zmarznięta w obcym kraju, co, jak pewnie możecie się domyślić, nie jest optymalną sytuacją – a dorosłość polega m. in. na tym, że mimo bycia chorym i nieszczęśliwym i tak musisz iść na zakupy, bo nikt nie zrobi za ciebie obiadu. Wracając do domu z wycieczki do apteki i supermarketu, mijałam po drodze przedszkole, gdzie na placu zabaw całkiem liczna grupka zadowolonych, piszczących dzieci doskonale bawiła się mimo lejącego deszczu. Na dodatek, dyskutując na zapewne wielce głębokie tematy, tuż obok przeszło trzech młodych facetów w krótkich spodenkach i koszulkach z krótkim rękawkiem, kompletnie ignorując fakt, że temperatura powietrza nie przekraczała 12 stopni, a z włosów skapywały im strumienie wody. No cóż – Norwegia to specyficzny stan umysłu.

Ile można przeżyć na Grandiosie

Jeśli nie znacie fenomenu, jakim jest w Norwegii mrożona pizza Grandiosa, to, powiem wam, wiele tracicie.

Grandiosa to pizza, która pojawiła się na świecie niecałe 40 lat temu i obecnie stanowi ponad 50% mrożonych pizz, które w ogóle sprzedaje się w tym kraju. Jest stosunkowo tania – kosztuje ok. 50 NOK (~25 zł), a w porywach jej cena potrafi spaść do dwudziestu, co w ogóle zakrawa już na rozdawanie jej praktycznie za darmo. Znajdziecie ją w absolutnie każdym markecie i sklepie spożywczym, a w 2006 roku powstała słynna już reklama Grandiosa Lørdagspizza („Sobotnia pizza”) z piosenką „Respekt for Grandiosa”, która przez OSIEM TYGODNI podbijała norweskie listy przebojów i długo była najchętniej pobieranym dzwonkiem na telefon. Grandiosa ma też swoją własną książkę, „GrandiosaLAND”, w której rozmaicie norwescy pisarze dzielą się m. in. sposobami na urozmaicenie tej pizzy. Nie, wcale nie żartuję. Poważnie. Serio.

Grandiosa jest jednak nie tylko kulturoznawczą ciekawostką – miałam okazję spróbować jej krótko po pierwszym przylocie do Norwegii i powiem wam, że bez dodatkowego sosu jest niezbyt smaczna – smakuje raczej nijako, choć po dołożeniu dodatków jest całkiem przyjemna. Inne zdanie mają jednak na jej temat dwaj moi współlokatorzy, dla których pizza ta stanowi podstawę diety, i jeśli narysować gdzieś ich piramidę żywienia, to na każdym jej poziomie znajdowałaby się właśnie Grandiosa w różnych ilościach. Przyznam, że nieco mnie to fascynuje – coś, co nie jest Grandiosą jedli zaledwie kilka razy w ciągu ostatniego miesiąca, więc mieszkanie z nimi daje mi okazję do obserwowania eksperymentu pod tytułem Jak Długo Można Jeść Mrożoną Pizzę, Zanim Umrze Się w Niewyjaśnionych Okolicznościach.

Widzieliście kiedyś któryś z tych filmików, porównujących proces rozkładu „jedzenia” z McDonalda z innymi fast foodami? Istnieje swego rodzaju miejska legenda, że również osoby żywiące się w dużym stopniu tego typu „potrawami” mogą się po śmierci dłużej rozkładać z powodu zawartej w nich dzikiej ilości konserwantów – na co, sprawdziłam, nie ma żadnych naukowych dowodów, niemniej w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, jakie działanie mogłaby mieć w tym zakresie uznana za podstawę żywienia Grandiosa. Nie ukrywajmy – jakkolwiek dobrego mniemania nie mieć by o Norwegii, nawet ICH mrożona pizza nie należy do najzdrowszych rzeczy pod słońcem.

Formalności, czyli przewodnik młodego imigranta

Proces zostania pełnoprawnym członkiem społeczeństwa norweskiego nie jest pewnie aż tak skomplikowany, jak w innych krajach, ale, niestety, i tak dosyć mocno irytuje.

Jeśli planujecie w Norwegii pobyt dłuższy niż sześć miesięcy, to w ciągu 8 dni od przyjazdu macie obowiązek zgłosić się do Skatteetaten, czyli Urzędu Podatkowego, z wypełnionym formularzem powiadamiającym władze o przeprowadzce, paszportem, umową wynajmu oraz umową o pracę/potwierdzeniem przyjęcia na studia/jakimkolwiek innym dokumentem potwierdzającym wasze zamiary. W ciągu następnych trzech tygodni od wizyty w urzędzie (na którą możecie się też umówić przez Internet, żeby nie stać w kolejce), przyjdzie do was pocztą wasz fødselsnummer, czyli numer identyfikacyjny potrzebny do załatwienia WSZYSTKIEGO w tym kraju – możecie go porównać z polskim nr PESEL albo nr dowodu, bo to swego rodzaju krzyżówka obydwu – będziecie go używać przy wszystkich sprawach urzędowych, ale też np. przy zamawianiu jakiejś usługi. Z racji, że Norwegia jest krajem bardzo transparentnym, to podając swój nr ID np. przy zamawianiu abonamentu na telefon nie musicie już podawać swojego adresu, bo zostanie on automatycznie ściągnięty z bazy danych zwanej Folkeregisteret, w której widnieją dane wszystkich osób zarejestrowanych jako mieszkańcy państwa. Z danych tych korzystać mogą wszystkie organizacje państwowe, policja czy pogotwie, SSB, czyli biuro statystyczne, banki i ubezpieczyciele, pracodawcy, naukowcy, ale też prywatne osoby i przedsiębiorstwa. Nie wiem jak wam, ale mi takie podejście do prywatności wydaje się jednak nieco dziwaczne, choć w zasadzie też użyteczne – z czysto pragmatycznego punktu widzenia, przy składaniu podania musicie wypełnić mniej rubryczek.

Mini dygresja – norweski Urząd Podatkowy ma nawet własne konto na Twitterze.

4
A takie rzeczy sobie ostatnio rysuję dla relaksu.

Kolejnym krokiem do życia jak normalny człowiek jest posiadanie konta bankowego i BankID, czyli kolejnego ważnego numerka, którym możecie się potem legitymować oraz załatwiać sprawy związane z pieniędzmi. Zdobycie tychże jest trochę czasochłonne – bez posiadania już BankID założenie konta zajmuje około dwóch-trzech tygodni, podczas których zostaje wam grzecznie czekać na mejla z banku, a potem potuptać do któregoś z oddziałów z odpowiedni dokumentami, żeby w końcu otrzymać dostęp. Przy wypełnianiu pierwotnego formularza będziecie też musieli zadeklarować, czy jesteście podatnikami w innym kraju, niż Norwegia, jeśli tak, to w przypadku Polski wpisać NIP lub PESEL, zależnie od tego, czy posiadacie ten pierwszy. Zostaniecie też zobowiązani do określenia, czy planujecie używać konta, żeby przelewać pieniądze za granicę i korzystać za granicą z karty, jakie to będą kwoty, a poza tym dlaczego. Aż ciśnie się na usta pytanie, co wam, u diabła, do tego.

Na marginesie, jeśli jesteście studentem, to najciekawsze oferty mają chyba Sparebank1 i DnB – do 33 roku życia jesteście zwolnieni z opłat za kartę i konto, i w ogóle żyjecie sobie na dosyć preferencyjnych warunkach.

Ostatnia rzecz – telefon. W tych jakże oświeconych czasach, w których roaming nie kosztuje więcej, niż rozmowy krajowe, teoretycznie nie jest wam potrzebny norweski numer, ale prawda jest taka, że przydaje się on do bardzo wielu rzeczy – niekiedy potrzebny jest nawet, żeby kupić przez Internet bilety do kina. Poza tym pozwala wam założyć konto w aplikacji zwanej Vipps, która jest w Norwegii w użytku absolutnie WSZĘDZIE – jeśli pójdziecie na pchli targ, będziecie mogli płacić Vippsem. Jeśli pójdziecie do sklepu, będziecie mogli płacić Vippsem. Jeśli robicie sobie ze znajomymi wspólny obiad i jedna osoba kupuje składniki, zgadnijcie, jak będziecie oddawać pieniądze? Vippsem.

Będąc w Oslo, widziałam nawet ulicznego muzyka, który do futerału od gitary przykleił naklejkę Vippsa i swój numer konta w aplikacji.
Pozostaje podziwiać przedsiębiorczość.

Żyć jak norweski student

Najstarszy z moich współlokatorów – nazwijmy go Ch. – ma 27, zielone ombre przechodzące od jadowitej intensywności do barwy szmaragdu, i w tej chwili jest na drugim roku mojego kierunku, czyli animacji. W związku z tym, ma zajęcia tylko w jeden dzień w tygodniu – piątek. Resztę czasu spędza: a) leżąc na kanapie przed telewizorem, b) grając w gry online z kolegami (oczywiście, że w salonie) i wydzierając się do mikrofonu. Z tego, co mi wiadomo, nie pracuje i nie ma planu zacząć. Jednocześnie jest bardzo sympatyczny i charyzmatyczny, dzięki czemu pewnie sobie w życiu poradzi, niemniej zastanawia mnie jedno – jakim cudem człowiek jest w stanie spędzać życie grając w gry komputerowe i oglądając telewizję, i… w zasadzie nic poza tym?

Rozumiem, że dostając od państwa pieniądze na utrzymanie, nie ma się raczej motywacji do ruszenia tyłka z kanapy, ale co z własną ambicją? Jasne, czasem fajnie jest spędzić w ten sposób miesiąc czy dwa – na tym polegają często wakacje, i nie mam nic do grania w gry – w końcu studiuję animację, a poza tym sama gram namiętnie. Mając jednak przed sobą perspektywę spędzenia na tym całego semestru byłabym z lekko przerażona – rozrywka swoją drogą, ale dobrze jest też przecież robić coś, co ma chociaż trochę głębszego sensu.

DSC02420
Chmury, wszędzie chmury.

Co z tym sensem

Mam wrażenie, że masę decyzji życiowych podejmujemy pod wpływem lęku.

Kiedy przychodzi do zmieniania swojego małego kawałka rzeczywistości, pierwszym problemem, jaki się pojawia, jest strach przez nienanym, który każe nam natychmiastowo zawrócić, przestać, wybić sobie z głowy te wszystkie durne pomysły! Odwrócić się i zrezygnować jest dużo łatwiej – mamy już w końcu swoje poletko, na którym czujemy się całkiem nieźle, a to, że mamy jakieś marzenia? Cóż… jak długo pozostają marzeniami, tak długo będziemy mogli do nich wzdychać i nie konfrontować ich ze światem. I tak jest czasem lepiej – bo powiem wam, że spełnianie marzeń jest często cholernie trudne.

Śnimy zarówno o tych małych, jak i dużych rzeczach – czasem marzy nam się nowa sukienka, książka, dwa dni odpoczynku. Czasem natomiast chcemy czegoś więcej – wyobrażamy sobie siebie w profesji, z którą dotychczas nie mieliśmy nic wspólnego, ale zawsze kręciła się nam po głowie, w kraju, w którym nigdy nie mieszkaliśmy, ale od dłuższego czasu pojawia się w naszych myślach, podróżujących po całym świecie. Patrzymy na zdjęcia z przygód naszych znajomych na Facebooku i cicho zazdrościmy – „kurczę, też bym tak chciała”. Wiem, czego w tej chwili oczekujecie, ale nie – nie powiem „to zrób tak”.

Te duże marzenia – te o przeprowadzce za granicę czy zmianie stylu życia – wymagają oślego uporu, ciężkiej pracy i sporej dozy szczęścia. Chciałam mieszkać w innym kraju całe lata, ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie cała gama kroków pośrednich, które same w sobie też nie były proste, oraz rzesza wspierających mnie ludzi, w tym moich rodziców. Te duże marzenia wymagają wywrócenia rzeczywistości do góry nogami i mimo, iż przy oglądaniu cudzych zdjęć ogarnia nas czasem chwilowa chęć zmiany, to często wcale na tę zmianę nie mamy ochoty – bo lubimy swoje spokojne, bezpieczne światy. Mamy tu ludzi, którzy nas kochają, ustabilizowaną sytuację finansową, mieszkanie, przyjaciół, pracę, armię innych zobowiązań. I wiecie co? Nie ma absolutnie nic złego w tym, że tak naprawdę nie chcemy tego zmieniać.

Nadal nie jestem przekonana, czy przeprowadzka to Norwegii to pomysł, z którego mogę być dumna, czy pomysł, który za parę lat będę przeklinać jako najgłupszą wycieczkę mojego życia. Nie wiem – okaże się z czasem, niemniej miesiąc później mogę powiedzieć: jest okej. Nie jest dobrze, ale okej.

I na razie mi to wystarczy.

Trzy tygodnie później

Jest wiele rodzajów samotności.

Kiedy jesteś w takiej sytuacji jak ja, to najbardziej dociekać ci będzie samotność odczuwana w tłumie – otoczony ciasnym kordonem ludzi, dopatrywać się będziesz obcości w każdym cieniu i każdym drgnieniu światła. Dookoła będą jedynie nieznajomi – i nie chodzi tu w zasadzie jedynie o język, ale też o mentalność, sposób myślenia, sumę doświadczeń, z którą każdy z nas wyrasta we własnym kraju, poziom nasycenia tutejszością, którego nigdy nie będziesz w stanie osiągnąć.

Wyjeżdżając na studia do Gdańska, czułam się przez pierwsze parę tygodni koszmarnie samotna – mieszkałam z dziewczyną, za którą nie przepadałam, i która nie przepadała za mną, nie znałam nikogo i po raz pierwszy byłam na tak długi okres sama tak daleko od domu. Wpatrywałam się załzawionymi oczami w ekran komputera, marząc o tym, żeby wyrwać się z opresyjnej atmosfery swojego dużego, pustawego pokoju, ale nie znając ludzi, nie miałam z kim, a nie znając miasta, nie miałam gdzie. Na każdym kroku napotykałam się na coś, co było inne – pamiętam, jak stałam tępo przed drzwiami do tramwaju nie wiedząc, że trzeba nacisnąć guzik, żeby się otworzyły. To były małe, niby nieważne rzeczy, ale życie składa się właśnie z takich małych, nieważnych rzeczy, które zaczynamy zauważać dopiero wtedy, kiedy nam ich brakuje – i właśnie te małe, nieważne rzeczy, cegiełka po cegiełce, budują w nas poczucie, że nie jesteśmy stąd.

Wyjeżdżając do Norwegii, nie doskwierała mi jakoś tak koszmarnie tradycyjna samotność – zresztą sami pamiętacie, jeśli czytaliście moje poprzednie wpisy. Dolegało mi bardziej ogólnie niezadowolenie i rozczarowanie zastaną rzeczywistością, oraz uporczywe poczucie, że jestem w niewłaściwym miejscu, i że przeprowadzka za granicę była najgłupszym pomysłem mojego życia (przy czym jeszcze wcale nie zdecydowałam, że nie była). Od czasu rozpoczęcia pierwszych studiów – nadal nie mogę uwierzyć, że to już ponad trzy lata temu – nauczyłam się chyba czuć lepiej we własnym towarzystwie i pewniej stać na nogach. Inni ludzie nigdy nie byli mi do szczęścia za bardzo potrzebni – bardziej doskwierało mi uczucie, że do szczęścia potrzebni mi być POWINNI, a wyzbycie się go paradoksalnie bardzo ułatwiło mi nawiązywanie kontaktów i pozwoliło czerpać z nich dużo więcej przyjemności.

Moja samotność powinna być więc pojmowana nieco inaczej – jako brak obecności tego, co znane. Obecnie wiem już, w którą uliczkę skręcić, żeby na skróty dojść do uczelni, gdzie jest jedyny otwarty w niedzielę sklep, w którym mogę kupić bułki (w Norwegii większość sklepów, również spożywczych, jest w niedzielę zamknięta), jak wypożyczyć samoobsługowo książki z biblioteki, i w którym miejscu wygodnie siedzi się na plaży – powoli, mozolnie i z motywowanym po części koniecznością uporem rozszyfrowuję kolejne elementy układanki. W głowie oznaczam odwiedzone miejsca jako MOJE – na zwojach mózgu rysuję wewnętrzną mapę, kolorując każdy róg, za który udało mi się już skręcić.

W poznawaniu nowych miejsc najprzyjemniejszy jest według mnie właśnie ten moment – nawet jeśli nie mieszkaliście za granicą, pewnie zdarzało się wam wyjechać na wakacje i przez tydzień lub dwa leniwie spacerować wąskimi uliczkami jakiegoś środziemnomorskiego miasteczka. Na początku chodzicie z mapą, poszukując konkretnych zabytków i ze zmarszczonymi brwiami mijając po raz piąty to samo miejsce, ale za którymś razem, kiedy wyjdziecie z hotelu i ruszycie przed siebie, wiecie już, że tu znajduje się muzeum, tu przystanek autobusowy, tu – śmieszna rzeźba, jak zawsze połyskująca w ostrym słońcu. Chwila, w którym odkrywane miejsca nie są już nowe, straszne i nieznane, ma w sobie coś magicznego – jasne, nadal jesteście obcy, i pewnie zawsze będziecie, ale może chociaż już nie tak bardzo.

DSC02488
Post filozoficzny, więc niech chociaż zdjęcia będą pozytywnym akcentem.

Poznajmy się

Zawsze byłam ciekawa obcych kultur. Odmienność mnie fascynuje – lubię poznawać różnice, które dzielą mnie od innych i próbować dociec, skąd pochodzą. Co ukształtowało twoją mentalność? Jakie wydarzenia miały wpływ na to, że lubisz to, co lubisz, że masz takie, a nie inne manieryzmy, że zachowujesz się w taki, a nie inny sposób? Myślę, że właśnie dlatego zawsze lubiłam historię – zrozumienie tego, co było, w niesamowity sposób pomaga zrozumieć to, co jest. Kiedy spotykam kogoś, kto pochodzi z innego kraju, innej kultury, zawsze mam ochotę porównywać i rozmawiać, rozgryzać różnice i cieszyć się z odnalezionych podobieństw. Kim jesteś? Co wydaje ci się dziwne? Co jest dla ciebie znajome?

Widząc jakiegoś obcokrajowca w Polsce (szczególnie w miejscach z dala od atrakcji turystycznych), większość ludzi reaguje chyba ciekawością (no, chyba, że jesteśmy ksenofobami/rasistami, wtedy nie) – nie mamy raczej jako naród zbyt wysokiego mniemania o sobie i zazwyczaj dziwimy się, że ktoś ma ochotę nas poznać. Któregoś razu, wracając z zakupów w moim rodzinnym mieście, pomogłam jakiemuś Turkowi rozeznać się w rozkładzie autobusowym – okazało się, że przyjechał na Erasmusa, studiuje w filii UAM-u i spodobało mu się na tyle, że chciał zostać na drugi semestr. Starałam się nie okazać konsternacji – lubię swoje miasto i chętnie tam wracam, ale nie uznawałam go dotychczas za atrakcyjną lokalizację dla zagranicznych studentów. Najwyraźniej czasami to właśnie ludzie z zewnątrz potrafią dostrzec wartość tego, co dla nas jest oklepane.

Piszę o tym dlatego, że przyjeżdżając do Norwegii, też spodziewałam się raczej pytań – co tu robisz, dlaczego tu, i tak dalej, i tak dalej. W Bø wielokrotnie dziwiono się, kiedy mówiłam, że studiuję norweski – z jakiegoś powodu Norwegom nie mieściło się w głowie, że ktoś obcy może chcieć zgłębiać zawiłości ich języka. W Hamarze spotkałam się natomiast z pytaniem, skąd znam tak dobrze język… i tyle. Nic więcej.

Nie zrozumcie mnie źle – nie wspominam o tym dlatego, żeby poskarżyć się na brak zainteresowania swoją osobą. Bardziej chodzi mi o to, że pewnie w dużym stopniu z racji własnej ciekawości odnośnie tego, co inne, zaskoczył mnie brak tego zainteresowania z drugiej strony. Nikt nie pyta, kim jestem i dlaczego tu jestem – najwyraźniej wystarczy, że przyjechałam i mówię po norwesku. Zastanawiam się, czy nie wynika to zwyczajnie z faktu, że w Norwegii imigrantów jest dużo – samych Polaków jest około 100 000, czyli prawie 2% populacji. Jeśli ludzie chętnie przyjeżdżają do twojego kraju, i na co dzień otoczony jesteś mieszanką języków i kultur, to może zacznasz przyjmować to jako oczywistość? Obcy stają się częścią twojego krajobrazu, a nie czymś nowym i fascynującym – u ciebie, obcy po prostu są.

DSC02410
Park dla relaksu.

Językowości

Kontynuując nieco zadumany i filozoficzny ton tego wpisu – strasznie ciekawie jest obserwować, jak powoli, kawałek po kawałku, kruszy się twoja bariera językowa. Najważniejszym jest chyba o niej zapomnieć – zdarzyło mi się już parę razy całkiem przyjemnie i płynnie porozmawiać ze znajomymi, dopóki nie przypominałam sobie, że przecież MÓWIĘ PO NORWESKU. To właśnie w tym momencie zaczyna mi brakować słów i, dosłownie, zapominam języka w gębie – a coś, co mogło być przyjemną konwersacją zamienia się w konkurs uśmiechania się i trwania w nadziei, że rozmówca nie zorientuje się, że ni w ząb go nie rozumiem. Zaczęłam nawet odzywać się do współlokatorów – to znaczy, uściślając, zadałam im w tym tygodniu jakieś dwa pytania. Dotychczas wymienialiśmy głównie „dzień dobry” – teraz zdarza mi się spytać „jak leci?”.

Przez ostatnie trzy (!) tygodnie moje umiejętności językowe na pewno podskoczyły o jakieś dwieście procent – rzucenie na głęboką wodę działa, jakkolwiek bolesne by to nie było. To, co nadal jest trudne, to np. dołączenie do już rozpoczętej rozmowy – z jakiegoś powodu dużo trudniej jest przypomnieć sobie właściwe słowa, kiedy wszyscy wokół zdążyli już przejść od uprzejmości do głębokich rozpraw filozoficznych w science-fiction na podstawie popularnej serii gier komputerowych.

To chyba jednak fajne studia

Czy ktoś kiedyś kazał wam na studiach oglądać bajki? Albo grać w gry komputerowe? Nie? To przegraliście życie, bo mi tak. Obecnie mam np. wykłady z historii animacji, gdzie rozmawialiśmy np. o wczesnych filmach Disneya – w których, swoją drogą, sporo jest rasizmu i tym podobnych, od których dzisiaj jeży się włos na głowie. Pierwszy film z Myszką Mickey, „Steamboat Willy”, dziś przyprawiłby zapewne o atak serca aktywistów PETY (choć po prawdzie nie tylko, to, co Mickey robi tym biednym zwierzątkom powinno być karalne), a w pierwotnej wersji bajki o trzech małych świnkach wilk próbuje oszukać je, przebierając się za żydowskiego handlarza – łącznie z pejsami, wielkim nosem, brodą i jarmułką, co jest już nie tyle czerpaniem ze stereotypu garściami, ale wręcz wiadrem. Disney wyprodukował też np. film, w którym występują czarnoskórzy niewolnicy na południu Stanów, którego obecnie ponoć obejrzeć nigdzie nie sposób – nie był on zbytnio poprawny politycznie. Prześledzenie historii animacji Disneya może posłużyć za dosyć fasynujący przykład zmieniającego się podejścia do moralności i tego, co właściwe, w trakcie poprzedniego stulecia – jako ciekawostkę dorzucę, że Disney, mimo tworzenia uwielbianych i kochanych przez nas wszystkich bajek, również teraz ma całkiem sporo problemów wizerunkowych, dotyczących chociażby sposobu, w jaki traktuje zatrudnianych przez siebie animatorów.

Dosyć ciekawe podejście do nauczania mają natomiast nasi wykładowcy od 3D – polega ono głównie na zdaniu „obejrzyjcie to na Youtube”. Będąc w Bø, byłam bardzo pod wrażeniem tego, ile samodzielnej pracy się od nas oczekuje, i taki system dosyć mocno mi odpowiadał – tutaj jednak został pociągnięty do ekstremum, bo jak na razie polega głównie na zarzucaniu nas linkami do filmów instruktażowych. W związku z tym, na podstawie tychże filmów instruktażowych wymodelowałam już trójwymiarowy czajniczek, filiżankę z talerzykiem i stół. Uważam, że to bardzo ładny czajniczek, filiżanka z talerzykiem i stół, i chcę wykorzystać tę okazję, by oficjalnie podziękować autorom tutoriali na Youtube za nauczenie mnie tego.

teacup
To jest filiżanka. Była pierwszą rzeczą, jaką udało mi się zrobić w Mayi. Zajęło mi to cały dzień.

Pierwszy raz mam też „poważne” zajęcia z rysunku, i choć doceniam i rozumiem zmuszanie nas do wykonywania ćwiczeń w różnych technikach, to po spędzeniu 3 godzin na rysowaniu kubków w różnych kombinacjach zapałałam do nich prawdziwą nienawiścią. Przez chwilę poważnie zastanawiałam się nad piciem herbaty w szklance. Pod koniec zajęć zaczęliśmy wszyscy snuć marzenia o świecie pozbawionym kubków. Drżę w lęku przed tym, jakiego przedmiotu będzie mi dane nienawidzić za tydzień – jak na razie na zaliczenie mam narysować więcej kubków.

1/4 kroku w dobrym kierunku

A wiecie, co będzie tym razem? Tym razem nie zacznę wpisu marudzeniem! Spróbujcie opanować szok i niedowierzanie.

Cały dzień relatywnego spokoju i ciszy wprawił mnie w całkiem pozytywny nastrój, który psuje odrobinkę jedynie fakt, że w moim pokoju w dniu 25. sierpnia jest zimno jak diabli, siedzę w swetrze i kostnieją mi ręce, ale uznaję to za mały minus w porównaniu z faktem, że udało mi się wczoraj trochę odpocząć – był to pierwszy spokojny wieczór od jakiegoś tygodnia, a na dodatek moi współlokatorzy sami z siebie zaczęli sprzątać kuchnię i salon. Przyznam, że wprawiło mnie to w stan osłupienia, obecne wszystko jednak lśni i połyskuje – wychynęłam z pokoju nieco za późno, żeby im w tym pomóc, niemniej pochwaliłam ich gorąco (jak na siebie, czyli, tłumacząc, wypowiedziałam jakieś dwa zdania). Na dworze świeci słońce, w domku, jak na razie, panuje spokój, a mi udało się już nawet dzisiaj odhaczyć jedno z tygodniowych zadań, które będziemy dostawać na zajęciach. O co z tymi zadaniami chodzi – poniżej.

DSC02409
Zrelaksuj się nad wodą, wersja Hamar.

Witajcie w szkole

Mój kierunek nosi dumnie brzmiącą nazwę „animacja i sztuka cyfrowa” i w ramach tego eleganckiego określenia mam semestralnie całe trzy przedmioty, czyli, jak na razie: wprowadzenie do 3D, wstęp do animacji oraz rysunek I. Po pierwszym tygodniu odczucia mam trochę ambiwalentne, zajęcia balansowały bowiem na granicy między „ciekawe” a „dziwaczne”, momentami przechylając się w jednym albo w drugim kierunku.

System jest bardzo odmienny od tego, do którego można przyzwyczaić się, studiując w Polsce – już sam fakt, że zajęć jest tak niewiele jest dużą różnicą. Od poniedziałku do wtorku siedzimy na uczelni teoretycznie od 9.00 do 16.00 (w środy od 12.00 do 18.00), w praktyce jednak zajęcia podzielone są na dwie części – wykład i laby, czyli czas przeznaczony na pracę własną pod okiem wykładowców. W międzyczasie możecie liczyć też na kilka przerw, które lektorzy zarządzają głównie wedle własnego uznania, widząc zmęczenie na twarzach umęczonych studentów, ale też na godzinną przerwę na lunch, podczas której możecie albo zostać w sali i pracować dalej lub chwilę się zrelaksować, albo też przejść się do sklepu, kantyny czy gdziekolwiek indziej (przy okazji odkryłam, że obiady dla studentów na uczelnianej stołówce kosztują w granicach 40-60 NOK, czyli śmiesznie mało, a na dodatek są całkiem smaczne). Na labach zostawać nie trzeba, i z tej dobrowolności chętnie korzystałam, ale gorąco się do tego zachęca, z racji, że w razie napotkania jakiegoś problemu możecie poprosić o pomoc albo kolegów, albo prowadzących. Każdy jest pewnie w stanie zobaczyć ogrom plusów tego pomysłu, jak dla mnie jednak siedzenie w wielkiej sali z sześćdziesięcioma osobami, które nieustannie ze sobą rozmawiają nie jest jednak z jakiegoś powodu optymalnym środowiskiem do pracy.

DSC02415
W tym wpisie będzie dużo takich obrazków.

Zajęcia prowadzone są zazwyczaj przez kilka osób – w zasadzie tylko w przypadku animacji wykładowca był jeden. Do zaliczenia każdego przedmiotu liczą się tzw. „compulsory assignments”, których w semestrze może być od trzech do pięciu, oraz egzamin, docelowo trwający 6 godzin. Poza tym istnieją tzw. „weeklies”, czyli zadania, na których wykonanie ma się około tygodnia. Nie są one obowiązkowe, natomiast oczywistym jest już od samego początku, że są one również brane pod uwagę, a przy okazji służą jako sposób zmierzenia zaangażowania studenta. „Weeklies” nie są oceniane, można jednak otrzymać od wykładowców indywidualny komentarz odnośnie wykonanej przez siebie pracy, a na każdych zajęciach prowadzący mają zbiorczo omawiać najczęściej popełniane przez nas błędy i przeoczenia. I tak np. w tym tygodniu wykonać mamy w 3D czajniczek, zilustrować 12 zasad animacji oraz wykonać przynajmniej 10 szkiców przypadkowych przedmiotów, zarówno organicznych, jak i stworzonych przez człowieka. Wszystkie „weeklies” oprócz tych z rysunku wrzucone muszą zostać na platformę edukacyjną, Canvas, przed godziną 16.00 w niedzielę danego tygodnia.

Sposób korzystania z platform edukacyjnych też różni się bardzo od polskiego. Przede wszystkim to, z czego korzysta się tutaj, daje dużo więcej możliwości, z których wykładowcy bardzo chętnie korzystają – w zasadzie większość komunikacji między nami a nimi odbywa się właśnie za pośrednictwem Canvas. Dodatkowo, jeśli macie doświadczenia z portalami używanymi na polskich uczelniach, to na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że tutejszy system jest też zwyczajnie ładniejszy i dużo bardziej intuicyjny, choć też nowy – jeszcze rok temu norweskie uczelnie używały Frontera, który aż tak ładny wcale nie był.

DSC02418
No powiedzcie, czy to nie wygląda ładnie?

Pomóż sobie naukowo

Wróćcie myślami do własnej uczelni (chociaż macie jeszcze miesiąc wakacji, szczęściarze) i zadajcie sobie pytanie: co robi polski student, kiedy każe się mu kupić jakiś podręcznik? Ano zazwyczaj kręci z politowaniem głową, po czym idzie do biblioteki i kseruje ten podręcznik w całości, albo ściąga PDF-a z Internetu. W momencie, w którym pokazano nam książkę do animacji, to też było moim pierwszym impulsem – norwescy koledzy natomiast zaczęli poważnie rozmawiać o tym, czy znajdą tę książkę w wydziałowej księgarni. Kiedy pokazałam im, gdzie można ja znaleźć w sieci, byli bardzo szczęśliwi, ale sam pomysł kserowania nie przyszedł im chyba w ogóle do głowy, co z kolei dla mnie jest nie do pojęcia. Podręczniki uniwersyteckie już w Polsce kosztują zazwyczaj majątek, a w Norwegii nie jest wcale niespotykanym, żeby taka książka kosztowała 800 NOK albo więcej, nikt nie wpadnie jednak na to, że można ją po prostu SKSEROWAĆ.

Mini dygresja – jakiś czas temu byłam w księgarni, żeby kupić sobie przezroczystą teczkę do CV. Przede mną korpulentna blondynka nabywała właśnie całą serię książek dla młodzieży – 5 tomów. Jej rachunek wyniósł właśnie 800 NOK. Mój wewnętrzny bibliofil łka z bólu i przerażenia.

A propos uczelnianych kosztów – część programów, których będziemy używać na zajęciach, pochodzi z Adobe Creative Suite, czyli z tej samej paczki, w której znajduje się np. Photoshop. Żeby otrzymać dostęp do tychże programów, należy płacić miesięczną lub roczną subskrypcję, która kosztuje dosyć sporo pieniędzy. Ja, z racji, iż i tak pracuję jako grafik, ze sporej części z tychże programów korzystam codziennie, co i tak wymaga uiszczania comiesięcznego haraczu, na moim kierunku sporo jest jednak osób, które wcześniej nie miały z nimi do czynienia i teraz są nieco przerażone kosztem. Podejrzewam, że część z nich programy zwyczajnie scrackuje, zamieniając uroczą niewinność na opaskę na oko, papugę i butelkę rumu, będą też na pewno tacy, którzy będą mężnie dźwigać ciężar subskrypcji, aż zorientują się, że studencka wersja Adobe to jednorazowa, 12-miesięczna oferta, której nie da się odnowić, i po wyczerpaniu się której będą musieli bulić pełną cenę – czyli prawie 600 NOK miesięcznie.

Ciekawostka – ja płacę pełną ceną od prawie dwóch lat, ale z racji, że płacę na polskich zasadach, czyli w Euro, kosztuje mnie to ponad dwukrotnie mniej, niż za rok będzie kosztować Norwegów. W zależności od kursu walut, moje opłaty wahają się między 130 a 140 zł miesięcznie – oni w przeliczeniu będą musieli wykładać około 300.

Kolejna mini dygresja – uważam, że to niesamowicie cudowne, kiedy ma się wykładowców operujących potężnymi, skomplikowanymi programami do tworzenia realistycznych modeli 3D i efektów specjalnych, ale wszyscy jak jeden mąż nie radzą sobie z PowerPointem.

„Chciałem pokazać wam krótki film animowany, nad którym pracowałem parę lat temu, i który renderowaliśmy w Mayi, ale… zaraz… jak to się włącza…”

giphy.gif

Językowości

Zorientowałam się, że Norwegowie mówiący dialektem dzielą się na zasadniczo trzy grupy, jeśli nie zrozumiesz ich za pierwszym razem:
a) przejdą na angielski
b) przejdą na bokmål, czyli „podstawową” wersję norweskiego
c) będą próbować do skutku.

Najwięcej jest niestety tych pierwszych, co irytuje mnie niekiedy niesamowicie (tym bardziej, że od razu przypominam sobie wtedy, o ile są ode mnie młodsi, i chcę warknąć: „nie będziesz mnie tu, gówniarzu, protekcjonalnie traktował”), ale np. jedna z moich współlokatorek to modelowy przypadek b). Przyznam, że nieco mnie to bawi, ale nieszczególnie przeszkadza – niektórych rzeczy, które pisze na fejsbukowej grupie naszego domku, nadal nie jestem w stanie odszyfrować. Wśród moich kierunkowych współtowarzyszy niedoli znalazło się też kilka przedstawicieli opcji c), co mnie niesłychanie cieszy, i których jestem niezmiernie za to wdzięczna, nawet, jeśli muszą czterokrotnie powtórzyć pytanie, zanim zrozumiem o co im do cholery chodzi.

Z przydatnych bądź co bądź słów, których nie znałam/nie pamiętałam w tym tygodniu: suszarka (hårføner), śmietnik (søppeldunk).

DSC02420
Czy istnieje coś takiego jak za dużo zdjęć jeziora?

Czytaj, człowieku, umowy

Przyznam się do czegoś głupawego – z desperacji i pośpiechu nie przeczytałam wystarczająco dokładnie swojej umowy wynajmu. Pewnego wieczora, kiedy po powrocie z zajęć przywitał mnie po raz kolejny salon okupowany przez bandę znajomków, kwiczących głośno ze śmiechu i puszczających do północy śmieszne filmiki na Youtube (telewizor i głośniki stoją przytulone do ściany, którą tenże pokój dzieli z moim), zaczęłam przeglądać umowę, żeby upewnić się, ile wynosi mój okres wypowiedzenia, tylko po to, żeby dowiedzieć się, że nie wynosi.

Mój okres wypowiedzenia nie istnieje, albowiem zamiast niego w umowie widnieje zapis, że przez czas jej trwania (czyli do 30. lipca przyszłego roku) nie może być ona wypowiedziana przez żadną ze stron. Swoje przeoczenie usprawiedliwiam faktem, że kraju moim ojczystym podobny zapis byłby nie do pomyślenia i w ogóle nie mógłby się pojawić – a doświadczenia z wynajmem mam już spore. Także, drogie dzieci – uważajcie, co podpisujecie przy przeprowadzce za granicę, albowiem może się okazać, że zwyczaje w nim panujące są trochę inne – z późniejszego googlowania wywnioskowałam, że taki zapis jest w Norwegii rzeczą standardową. Na szczęście wujek Google podpowiedział mi również kilka możliwych wyjść z tej sytuacji, jeśli będę chciała się przenieść, a prawdę powiedziawszy, będę – inną opcją jest zrobienie sobie lobotomii albo odcięcie uszu, żeby być w stanie kiedykolwiek odpocząć mimo imprezowego legionu za ścianą.

DSC02423
Ładny widoczek dla relaksu.

Nienawidzisz współlokatorów? Zostań turystą!

Żeby wyrwać się z ramion wspomnianego legionu, wybrałam się w zeszłą niedzielę do Hedmark Museum, korzystając ze słonecznej pogody i faktu, że w salonie znów zalegały tłumy. Od mojego miejsca zamieszkania do muzeum jest około trzech kilometrów, zdecydowanie warto je jednak pokonać – droga wiedzie tuż nad brzegiem jeziora, idzie się więc przy niesamowicie relaksującym akompaniamencie uderzających o brzeg fal, ustępując tylko od czasu do czasu miejsca rowerzystom. Po lewej stronie macie ocieniające ścieżkę drzewa i krzewy (w jednym miejscu grupa ludzi zbiera poziomki), świeci słońce, a twarz owiewa wam lekka bryza. Prawda, że cudownie?

DSC02433
Wnętrze katedry – te kamyczki mają ponad 900 lat.

Bilet wstępu do Hedmark Museum jest zdecydowanie wart wydanych na niego pieniędzy – w wersji studenckiej kosztuje 80 NOK. Teren, jaki macie do dyspozycji jest ogromny – możecie zwiedzić mini-skansen z budynkami z lat 1700-1900 z całej Norwegii, okrytą szkłem i metalem katedrę z XII wieku, resztki fortecy, które przetrwały w całkiem niezłym stanie głównie dlatego, że pewien farmer zbudował na niej stodołę na 90 krów, przez wiele lat znajdowały się więc pod dachem. Ubrana w średniowieczne stroje obsługa służy pomocą, a jeśli będziecie mieć równie dużo szczęścia co ja, możecie też wpaść na mini-koncert pieśni średniowiecznych wykonywanych w ruinach katedry, które z racji szklanej obudowy mają fantastyczną akustykę. Jeśli, również jak ja, jesteście też zagorzałymi fanami historii broni, to spodoba wam się wystawa – zobaczycie masę starych mieczy, pancerzy, a nawet ręczne mini-działo. Muzeum posiada też całkiem sporą aulę z fortepianem, w której mogą odbywać się spotkania i koncerty – niestety się nie załapałam, niemniej wiem, że w zeszłym tygodniu wystawiano tam np. sztukę Szekspira.

DSC02426
Nie chcielibyście zamieszkać w domku z trawiastym dachem?

W odległości godzinnego marszu od mojego domku znajduje się też las, który również mam w planach odwiedzić – na razie jednak delektuję się chwilową ciszą i zaciekle pracuję, od czasu do czasu wyłaniając się ze swoich czterech ścian, żeby skoczyć do biblioteki, czy zanieść kolejne CV.

DSC02464
ŁÓDKI. W każdym muzeum w Norwegii są łódki.

Życzcie mi szczęścia – przyda się.